Mijał kolejny jesienny dzień jakich wiele. Słońce świeciło na prawie bezchmurnym niebie, delikatnie ogrzewając miasto. Mimo tego było zimno, lodowaty wiatr wiał ostro. Przeszywał zimnem nieliczne ofiary, które stanęły mu na drodze. Wszędzie panowała nieznośna pustka. Wydawać by się mogło, że Ostrowiec opustoszał. Jedynymi oznakami życia były przejeżdżające z rzadka samochody.
Irytująca nuda i głód nikotynowy skłoniły mnie do opuszczenia ciepłego domu i spaceru do miasta. Zakup papierosów, chwila w ulubionej księgarni i spotkanie kilku znajomych były wyczynem przy tej temperaturze. Wątpliwości jednak szybko uleciały i nim rozważyłem sensowność decyzji, już przechodziłem przez pierwsze ulice. Grubo ubrany, ze słuchawkami w uszach powoli mijałem kolejne skrzyżowania i uliczki. Starałem się skupić na muzyce, odciąć od odczuwanego zimna, nie widzieć mijanych domów, smutno sygnalizujących jak długą drogę muszę jeszcze przebyć. Moją uwagę przykuły biegające dzieci. Kilku około dziesięcioletnich chłopców ganiało się i kopało piłkę. Cicha muzyka płynąca z słuchawek została zagłuszona przez ich krzyki. Znad szalików wyłaniały się usta wykrzywione w szczerym uśmiechu, których granice wyznaczały czerwone policzki. Za nic mieli niską temperaturę.
Widok ten dodał mi sił. Pozwolił na chwilę zapomnieć o lodowatych podmuchach. Niestety zazdrosny wiatr upomniał się o swoje i znów gnany zimnem ruszyłem przed siebie. Wtem mój wzrok wyłapał nikły błysk na ziemi. Wśród trawy za budką TP leżało kilka monet. Nie namyślając się zbyt długo sięgnąłem po nie i stało się coś dziwnego.
Uszy przyzwyczajone do dziecięcych krzyków zarejestrowały zmianę w natężeniu dźwięków. Wiedziałem, że stało się coś dziwnego. Zdałem sobie sprawę z wszechobecnej ciszy.
Chłopcy porzucili swoje zabawy i uważnie mi się przyglądali. Mimo odległości między nami zauważyłem niepokój malujący się na ich twarzach. Zrozumiałem, że to były ich oszczędności. Około trzech pięćdziesiąt skrzętnie, acz nieudolnie schowane w trawie. Dla mnie to kilka papierosów, może jedno piwo, ale dla tych malców zapewne cały majątek. Stosik dziesięcio- i dwudziestogroszówek zbieranych przez dłuższy czas. Ogromny skarb za który można by kupić wiele wspaniałych rzeczy jak słodycze, chipsy, a nawet jakąś tanią zabawkę.
Czując na sobie chłopięcy wzrok cofnąłem rękę i poszedłem dalej. Jednak zanim się odwróciłem zdążyłem wyłapać przelotny uśmiech pojawiający się na jednej czy dwóch twarzach.
Może to zabrzmi naiwnie, ale ta śmieszna kwota była gwarantem ich szczęścia. Środkiem za pomocą którego byliby w stanie spełniać drobne codzienne zachcianki, by móc marzyć. Marzyć o rzeczach odległych i wielkich, które były poza zasięgiem tych małych rączek, ale skoro da się odłożyć pieniądze za które w każdej chwili można kupić batona, to dlaczego wyprawa w kosmos miałaby być niemożliwa?
Niby zachowanie tych chłopców było naiwne. Niby kwota którą uzbierali śmieszna. Jednak nikt się nie śmieje. Każdy podświadomie wyczuwa, że nie wypada. A wszystko przez to „niby”.
Po zastanowieniu dochodzimy do wniosku, że to wcale nie było głupie. Bowiem te właśnie dzieci zrobiły coś, na co większość dorosłych nie ma odwagi. Spróbowały spełnić swoje marzenia.
Jasne, pewnie większość z nich w przyszłości będzie się wstydziło poświęcenia za tak śmieszne pieniądze. Może niektórzy z nich znajdą pracę na etacie, założą rodziny i kupią dom na kredyt, jednak ziarno wątpliwości zostało zasiane. Kto wie, co z niego wykiełkuje.
Gdy tylko się odwróciłem, dzieci wróciły do swoich zabaw. Zapewne nim minęło dziesięć minut zapomniały o całym zdarzeniu. Ja też powinienem zapomnieć, ale wciąż tkwi ono w mej głowie i każe przelać się na papier. To zasługa tych chłopięcych twarzy, na których malowały się szczere, nieskażone rzeczywistością uczucia.
Nie bójmy się marzyć i dążyć do realizacji tychże marzeń, mimo iż już nie mamy -nastu lat. Róbmy wszystko by się spełnić, żyć szczęśliwie i w pełni, nawet jeśli mielibyśmy zaczynać od trzech pięćdziesiąt.
poniedziałek, 3 lutego 2014
niedziela, 31 marca 2013
Zimowe piekło
Często mówi się, że „prędzej piekło zamarznie, niż...” - cóż, patrząc na pogodę za oknem to może jeszcze niecałe, ale pierwsze kręgi piekła są pokryte śniegiem, zaś przez czyściec radośnie przejeżdża Mikołaj z reklamy Coca-Coli. Jest to całkiem wymyślna tortura dla miłośników Pepsi; ci, niestety, nie mogą odpowiedzieć podobną męką. Łatwo więc stwierdzić czym człowiek powinien odrdzewiać śruby w żołądku – a nuż uchroni go to od dodatkowego cierpienia, którego na ziemi mamy już w nadmiarze.
Wróćmy jednak do zamarzniętego piekła: otóż taka sytuacja byłaby straszna. Jeszcze przejdą sukkuby w gustownych szaliczkach, ale demony stylizowane na bałwany wyglądałyby tragicznie. Na domiar złego to właśnie te białe grubaski bezlitośnie traktowałyby nas swoimi batami, co byłoby nie do zniesienia. Rozumiem, męka męką, ale wypadałoby zachować chociaż resztki godności.
Ponadto załóżmy, że Bóg postanowił w końcu się pozbyć tego wrednego bachora i wysłał swoich skrzydlatych, aby w końcu pokonali Szatana raz, a dobrze.
Wyobraźcie sobie boską gwardię, będącą zarazem najfajniejszym oddziałem reprezentacyjnym we wszechświecie, ubranych w grube kożuchy, opatulonych szalikami i noszących czapki z pomponem na głowie. Zresztą, walka w takich warunkach też byłaby utrudniona; skrzydła bowiem sztywniałyby od mrozu, wszelkie próby podejścia wroga zaprzepaszczałby ciągły kaszel wojaków, no i konia z rzędem dla tego, komu nie przeszkadza katar.
Wprawdzie mówi się „poszedłbym do nieba ze względu na klimat, ale pójdę do piekła ze względu na towarzystwo” - czy aby na pewno nie dałoby się nieco uprzyjemnić ten delikatnie mówiąc nie najprzyjemniejszy pobyt na dole? Nikt by chyba nie oponował na zwiększenie słupków rtęci na ziemiach Pana Ciemności.
Czemu jednak na początku odniosłem się do Polski? Na to pytanie bardzo łatwo odpowiedzieć. Mianowicie ktoś jeszcze wątpi, że przy obecnym syfie w naszym „wspaniałym” kraju nie jesteśmy jakoś powiązani z miejscem, gdzie odbywają się wieczyste męki?
Wszystkim, którzy odpowiedzieli przecząco radzę wyjść z domu i zderzyć się z rzeczywistością.
A tymczasem: wiosno, wracaj!
Wróćmy jednak do zamarzniętego piekła: otóż taka sytuacja byłaby straszna. Jeszcze przejdą sukkuby w gustownych szaliczkach, ale demony stylizowane na bałwany wyglądałyby tragicznie. Na domiar złego to właśnie te białe grubaski bezlitośnie traktowałyby nas swoimi batami, co byłoby nie do zniesienia. Rozumiem, męka męką, ale wypadałoby zachować chociaż resztki godności.
Ponadto załóżmy, że Bóg postanowił w końcu się pozbyć tego wrednego bachora i wysłał swoich skrzydlatych, aby w końcu pokonali Szatana raz, a dobrze.
Wyobraźcie sobie boską gwardię, będącą zarazem najfajniejszym oddziałem reprezentacyjnym we wszechświecie, ubranych w grube kożuchy, opatulonych szalikami i noszących czapki z pomponem na głowie. Zresztą, walka w takich warunkach też byłaby utrudniona; skrzydła bowiem sztywniałyby od mrozu, wszelkie próby podejścia wroga zaprzepaszczałby ciągły kaszel wojaków, no i konia z rzędem dla tego, komu nie przeszkadza katar.
Wprawdzie mówi się „poszedłbym do nieba ze względu na klimat, ale pójdę do piekła ze względu na towarzystwo” - czy aby na pewno nie dałoby się nieco uprzyjemnić ten delikatnie mówiąc nie najprzyjemniejszy pobyt na dole? Nikt by chyba nie oponował na zwiększenie słupków rtęci na ziemiach Pana Ciemności.
Czemu jednak na początku odniosłem się do Polski? Na to pytanie bardzo łatwo odpowiedzieć. Mianowicie ktoś jeszcze wątpi, że przy obecnym syfie w naszym „wspaniałym” kraju nie jesteśmy jakoś powiązani z miejscem, gdzie odbywają się wieczyste męki?
Wszystkim, którzy odpowiedzieli przecząco radzę wyjść z domu i zderzyć się z rzeczywistością.
A tymczasem: wiosno, wracaj!
sobota, 12 stycznia 2013
Falkon 2012
23-25 listopada odbyła się trzynasta edycja lubelskiego konwentu fantastyki Falkon. Tematem przewodnim była postać czarnego kota Licho, który - zgodnie z numerem edycji - miał przynosić pecha imprezie.
Aby nie trzymać was dłużej w niepewności od razu powiem, że zwierzak spisał się na medal. Niestety.
Tegoroczny Falkon odbył się na Targach Lublin i szkole naprzeciwko - zapewne wpłynęła na to zbyt wysoka kwota wymagana od dotychczasowego gospodarza, Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji; informacja ta nie jest pewna, jednak liczne głosy tak właśnie argumentowały brak tegorocznej edycji Nejiro, drugiego konwentu organizowanego przez lubelską Cytadelę Syriusza.
Nowe miejsce - niestety - wpłynęło negatywnie na całość konwentu: już na samym początku fani zostali negatywnie zaskoczeni ceną - bilet na 3 dni kosztował bowiem 40 złotych, a więc tyle samo, co poprzednia, czterodniowa edycja.
Ponadto, samo rozmieszczenie atrakcji było niewygodne - większość paneli odbywała się w szkole po drugiej stronie ulicy. Niestety, przejście dla pieszych było nieco oddalone od wejścia na Targi, przez co wiele osób przechodziło ulicę na przełaj, aby zaoszczędzić kilka minut. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale wypadek był bardzo prawdopodobny.
Nie byłoby to jednak na tyle poważną wadą, gdyby rekompensowałby ją sam program imprezy. Ten, niestety, również zawiódł - najciekawsze punkty się pokrywały, przez co wiele osób (w tym ja) musiało często rezygnować z co ciekawszych paneli i konkursów na rzecz innych. Co gorsza: większość programu była albo nieciekawa, albo niedopracowana. Praktycznie poziom utrzymały „pewniaki” takie jak MasterMind, czy LansMacabre, oraz twórcy konkursów z wiedzy o Warhammerze i systemach RPG (choć są to moi dobrzy znajomi, więc pewnie na moja ocenę w jakiś sposób wpływają prywatne relacje), dlatego mimo pozornego ogromu atrakcji wiele godzin spędzało się na spotkaniach z przyjaciółmi lub bezcelowym szwendaniu.
Z tą opinią zgadzało się wielu uczestników imprezy, potwierdzały ją również tłumy oblegające halę przeznaczoną na gry planszowe i karciane. Swoją drogą nigdy na Falkonie nie zostało oddane aż tyle miejsca na wspomniane gry, jednak mimo tego wiele osób miało problem ze znalezieniem pustego stolika.
Licho szczególnie się postarało jeśli chodzi o spotkania z pisarzami - Jakub Ćwiek nie przybył na konwent, natomiast spotkanie z Andriejem Diakonem, mimo efektownego wejścia, okazało się być nadzwyczaj nudne - winę za to ponosiła tłumaczka, która w naprawdę nieciekawym stylu tłumaczyła wypowiedzi pisarza, a nawet osoby nieznające rosyjskiego słyszały, iż Andriej mówi i wiele więcej, i ciekawiej.
Jak na razie wpis ten składa się wyłącznie z narzekań, lecz czy nie było więc jakichkolwiek zalet? Było i to wiele!
Pozostali pisarze stanęli na wysokości zadania, nawet nie za ciekawe panele i konkursy dawały mnóstwo frajdy. Jest to jednak zasługa wspaniałych uczestników, którzy napełnili Falkon niesamowitą ilością pozytywnej energii, za co zresztą w tym miejscu chciałbym im serdecznie podziękować.
Falkon nie spełnił więc pokładanych w nim nadziei mimo, iż nie były one wygórowane, jednak z drugiej strony dał mi i wielu innym uczestnikom mnóstwo zabawy, a przecież o to chodzi w konwentach.
P.S.1 Dziękuję wszystkim, z którymi spędziłem czas i których poznałem na tegorocznym Falkonie - byliście wspaniali! Mam nadzieję, że spotkamy się za rok (albo i wcześniej).
P.S.2 Nauczyć Jarosława Grzędowicza własnego systemu palenia papierosów i przejrzenie 4. tomu Pana Lodowego Ogrodu przed premierą - bezcenne.
Aby nie trzymać was dłużej w niepewności od razu powiem, że zwierzak spisał się na medal. Niestety.
Tegoroczny Falkon odbył się na Targach Lublin i szkole naprzeciwko - zapewne wpłynęła na to zbyt wysoka kwota wymagana od dotychczasowego gospodarza, Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji; informacja ta nie jest pewna, jednak liczne głosy tak właśnie argumentowały brak tegorocznej edycji Nejiro, drugiego konwentu organizowanego przez lubelską Cytadelę Syriusza.
Nowe miejsce - niestety - wpłynęło negatywnie na całość konwentu: już na samym początku fani zostali negatywnie zaskoczeni ceną - bilet na 3 dni kosztował bowiem 40 złotych, a więc tyle samo, co poprzednia, czterodniowa edycja.
Ponadto, samo rozmieszczenie atrakcji było niewygodne - większość paneli odbywała się w szkole po drugiej stronie ulicy. Niestety, przejście dla pieszych było nieco oddalone od wejścia na Targi, przez co wiele osób przechodziło ulicę na przełaj, aby zaoszczędzić kilka minut. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale wypadek był bardzo prawdopodobny.
Nie byłoby to jednak na tyle poważną wadą, gdyby rekompensowałby ją sam program imprezy. Ten, niestety, również zawiódł - najciekawsze punkty się pokrywały, przez co wiele osób (w tym ja) musiało często rezygnować z co ciekawszych paneli i konkursów na rzecz innych. Co gorsza: większość programu była albo nieciekawa, albo niedopracowana. Praktycznie poziom utrzymały „pewniaki” takie jak MasterMind, czy LansMacabre, oraz twórcy konkursów z wiedzy o Warhammerze i systemach RPG (choć są to moi dobrzy znajomi, więc pewnie na moja ocenę w jakiś sposób wpływają prywatne relacje), dlatego mimo pozornego ogromu atrakcji wiele godzin spędzało się na spotkaniach z przyjaciółmi lub bezcelowym szwendaniu.
Z tą opinią zgadzało się wielu uczestników imprezy, potwierdzały ją również tłumy oblegające halę przeznaczoną na gry planszowe i karciane. Swoją drogą nigdy na Falkonie nie zostało oddane aż tyle miejsca na wspomniane gry, jednak mimo tego wiele osób miało problem ze znalezieniem pustego stolika.
Licho szczególnie się postarało jeśli chodzi o spotkania z pisarzami - Jakub Ćwiek nie przybył na konwent, natomiast spotkanie z Andriejem Diakonem, mimo efektownego wejścia, okazało się być nadzwyczaj nudne - winę za to ponosiła tłumaczka, która w naprawdę nieciekawym stylu tłumaczyła wypowiedzi pisarza, a nawet osoby nieznające rosyjskiego słyszały, iż Andriej mówi i wiele więcej, i ciekawiej.
Jak na razie wpis ten składa się wyłącznie z narzekań, lecz czy nie było więc jakichkolwiek zalet? Było i to wiele!
Pozostali pisarze stanęli na wysokości zadania, nawet nie za ciekawe panele i konkursy dawały mnóstwo frajdy. Jest to jednak zasługa wspaniałych uczestników, którzy napełnili Falkon niesamowitą ilością pozytywnej energii, za co zresztą w tym miejscu chciałbym im serdecznie podziękować.
Falkon nie spełnił więc pokładanych w nim nadziei mimo, iż nie były one wygórowane, jednak z drugiej strony dał mi i wielu innym uczestnikom mnóstwo zabawy, a przecież o to chodzi w konwentach.
P.S.1 Dziękuję wszystkim, z którymi spędziłem czas i których poznałem na tegorocznym Falkonie - byliście wspaniali! Mam nadzieję, że spotkamy się za rok (albo i wcześniej).
P.S.2 Nauczyć Jarosława Grzędowicza własnego systemu palenia papierosów i przejrzenie 4. tomu Pana Lodowego Ogrodu przed premierą - bezcenne.
czwartek, 10 stycznia 2013
Sprawy organizacyjne
Jak nietrudno zauważyć nic na blogu nie opublikowałem od ponad miesiąca. Przyczyna jest ta sama co zawsze – brak Internetu.
Chciałbym tu napisać, że postaram się jak najszybciej wrzucić tu kilka wpisów, aby zrekompensować wam długi brak aktywności. Niestety nie mogę tego zrobić z bardzo prozaicznego powodu.
Jak zapewne wiecie w styczniu studencka brać (w tym i niżej podpisany) przeżywa katusze zwane sesją. Zżera to mnóstwo czasu, więc równoczesne prowadzenie bloga staje się delikatnie mówiąc dyskomfortowe.
Ponadto jestem człowiekiem oddającym się wielu czynnościom naraz. Nie będzie więc zaskoczeniem, że do wcale niemałego pakietu doszła nowa, mianowicie próbuję napisać kilka scenariuszy. Na razie nie podaję jakichkolwiek szczegółów, bo niczego nie mogę zagwarantować.
Wracając jednak do zagadnień administracyjnych, mam już mniej więcej poukładany w głowie plan na styczeń.
Na pewno możecie się na dniach spodziewać relacji z Falkonu, która od dłuższego czasu ma się dobrze na moim dysku. Ponadto do końca przyszłego tygodnia pragnę napisać co nieco o WOŚP-ie i podzielić się wrażeniami z Hobbita.
Ponadto myślę o rozpoczęciu pewnego cyklu, w którym co miesiąc będę w formie minirecenzji przedstawiać wam to, co obejrzałem, przeczytałem, czy też przesłuchałem. Od razu zaznaczam, że nie będą to tylko nowości. Powiem więcej, jeśli chodzi o książki, komiksy i muzykę, prawie na pewno NIE będą to nowości.
Niemniej jeśli uda mi się złapać coś świeższego, chętnie podzielę się z wami opinią na ten temat.
W styczniu powinienem opublikować jeszcze jakiś opis serii Marvel Zombies, a także podzielić się z wami rozważaniami na pewien temat, bo strasznie dawno nie pisałem czegoś w tym stylu.
Mam nadzieję, że po egzaminach lepiej zorganizuję swój czas i poważnie popracuję , nad jakością wpisów na tymże blogu, oraz jego stroną wizualną. Życzę wam i sobie, aby ten blog był coraz lepszy.
P.S. Napiszcie co sądzicie o idei nowego cyklu i podzielcie się opiniami na temat bloga. Bardzo mi one pomogą obrać konkretną ścieżkę rozwoju.
W końcu każde królestwo powinno dbać o poddanych ;-)
Chciałbym tu napisać, że postaram się jak najszybciej wrzucić tu kilka wpisów, aby zrekompensować wam długi brak aktywności. Niestety nie mogę tego zrobić z bardzo prozaicznego powodu.
Jak zapewne wiecie w styczniu studencka brać (w tym i niżej podpisany) przeżywa katusze zwane sesją. Zżera to mnóstwo czasu, więc równoczesne prowadzenie bloga staje się delikatnie mówiąc dyskomfortowe.
Ponadto jestem człowiekiem oddającym się wielu czynnościom naraz. Nie będzie więc zaskoczeniem, że do wcale niemałego pakietu doszła nowa, mianowicie próbuję napisać kilka scenariuszy. Na razie nie podaję jakichkolwiek szczegółów, bo niczego nie mogę zagwarantować.
Wracając jednak do zagadnień administracyjnych, mam już mniej więcej poukładany w głowie plan na styczeń.
Na pewno możecie się na dniach spodziewać relacji z Falkonu, która od dłuższego czasu ma się dobrze na moim dysku. Ponadto do końca przyszłego tygodnia pragnę napisać co nieco o WOŚP-ie i podzielić się wrażeniami z Hobbita.
Ponadto myślę o rozpoczęciu pewnego cyklu, w którym co miesiąc będę w formie minirecenzji przedstawiać wam to, co obejrzałem, przeczytałem, czy też przesłuchałem. Od razu zaznaczam, że nie będą to tylko nowości. Powiem więcej, jeśli chodzi o książki, komiksy i muzykę, prawie na pewno NIE będą to nowości.
Niemniej jeśli uda mi się złapać coś świeższego, chętnie podzielę się z wami opinią na ten temat.
W styczniu powinienem opublikować jeszcze jakiś opis serii Marvel Zombies, a także podzielić się z wami rozważaniami na pewien temat, bo strasznie dawno nie pisałem czegoś w tym stylu.
Mam nadzieję, że po egzaminach lepiej zorganizuję swój czas i poważnie popracuję , nad jakością wpisów na tymże blogu, oraz jego stroną wizualną. Życzę wam i sobie, aby ten blog był coraz lepszy.
P.S. Napiszcie co sądzicie o idei nowego cyklu i podzielcie się opiniami na temat bloga. Bardzo mi one pomogą obrać konkretną ścieżkę rozwoju.
W końcu każde królestwo powinno dbać o poddanych ;-)
poniedziałek, 26 listopada 2012
Są ludzie
Wpis ten dedykuję Wojtkowi, który prawdopodobnie nie ma pojęcia o istnieniu tego bloga (może to i lepiej).
Są ludzie, którzy żyją we własnym świecie. Z całego serca oddają się swojej pasji. Robią dla niej wszystko. Staje się ona całym ich światem.
Są ludzie, którzy zrywają kajdany codzienności. Nie wpadają w monotonię. Potrafią żyć na przekór wszystkim. Odrzucą oni typowy styl życia.
Są ludzie, którzy delektują się każdą chwilą. Doceniają ją i w pełni wykorzystują.
Oby takich ludzi było jak najwięcej, bo właśnie pasjonaci zmieniają ten świat na lepsze. To właśnie oni pokazują co w życiu jest naprawdę ważne. Są bowiem w stanie całkiem oddać się ukochanej pasji i żyć z niej, jednocześnie nie pozwalając na zamknięcie się w klatce korporacji.
To prawdziwa wolność i ci ludzie w pełni zasługują na miano prawdziwych artystów. Miejmy nadzieję, że tacy zawsze będą się pojawiać.
Są ludzie, którzy żyją we własnym świecie. Z całego serca oddają się swojej pasji. Robią dla niej wszystko. Staje się ona całym ich światem.
Są ludzie, którzy zrywają kajdany codzienności. Nie wpadają w monotonię. Potrafią żyć na przekór wszystkim. Odrzucą oni typowy styl życia.
Są ludzie, którzy delektują się każdą chwilą. Doceniają ją i w pełni wykorzystują.
Oby takich ludzi było jak najwięcej, bo właśnie pasjonaci zmieniają ten świat na lepsze. To właśnie oni pokazują co w życiu jest naprawdę ważne. Są bowiem w stanie całkiem oddać się ukochanej pasji i żyć z niej, jednocześnie nie pozwalając na zamknięcie się w klatce korporacji.
To prawdziwa wolność i ci ludzie w pełni zasługują na miano prawdziwych artystów. Miejmy nadzieję, że tacy zawsze będą się pojawiać.
poniedziałek, 12 listopada 2012
Wampiry, a sprawa polska.
Współczesne media są niezwykle wartościowe i przekazują nam ogromne pokłady jakże przydatnej w życiu wiedzy. Ot choćby taki TVN, który właśnie przekazał swym widzom informacje o wampirach.
Otóż okazuje się, że brak polskich wampirów jest logiczny, bowiem chroni nas najskuteczniejsza grupa na świecie. Rzesze młodych ludzi w charakterystycznym trój-pasiastym mundurze czuwają i dokładnie patrolują cmentarze w celu uprzykrzania (nie)życia krwiopijcom. Co prawda zdarza im się pokazać swój potencjał bojowy na niewinnych osobach, które znalazły się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze, ale czego się nie robi dla dobra ogółu.
Niech was to jednak nie zmyli, bo wróg czuwa. Wampiry wywołują tak duży strach między innymi przez swoją umiejętność kamuflażu. Jesteśmy bowiem w Unii Europejskiej i czy kogoś w dzisiejszych czasach byłby w stanie zaskoczyć osobnik płci męskiej z pomalowaną na biało twarzą, czarnymi paznokciami, który dodatkowo syczy podczas spożywania kawałka szynki? Cóż, co kraj to obyczaj. Nikt bowiem nie jest w stanie stwierdzić, że ów przybysz nie jest turystą z Atlantydy czy innej Utopii?
Na nasze szczęście wyżej wymienione oddziały są czujne i wszelkie odstępstwo od normy tępią szybko i skutecznie.
Załóżmy jednak, że nasz kolega z nieco przydługimi kłami jakimś cudem się uchował i ma się dobrze. Nauka płynąca z kinematografii i literatury radzi aby w takich wypadkach zgłosić się do kogoś, którego całym życiem są zjawiska paranormalne, a więc duchownego. Niestety ci wprawdzie posiadają nadnaturalne zdolności, ale ograniczają się one do odchudzania portfela bliźniego. Trzeba jednak przyznać, że w tej materii osiągnęli mistrzostwo.
No, ale co nie zabije naszego potwora, zapewne go wzmocni, a jakoś z nim trzeba walczyć. W tym momencie przychodzi nam z pomocą nieoceniony niszczyciel wszelkich pomiotów diabelskich i dobrej muzyki – Justin Bieber!!!!
Ta nieco przygłupia (na co wskazuje średnia ilość słów użytych w jej piosenkach) dziewczynka potrafi skutecznie wypleniać demoniczne zapędy u naszego milusińskiego. Wprawdzie w efekcie ubocznym orientacja seksualna naszego byłego wampira zostaje zmieniona, no ale co najważniejsze zło zostało pokonane. Warto wspomnieć, iż amerykańscy naukowcy chcieli zbadać ten fenomen, ale niestety musieli zaprzestać badań z powodu braku chętnych. W końcu krwiopijcy mają swoją godność.
A tak na poważnie to ludzie nie rozprzestrzeniajcie fragmentów z „Dlaczego ja” i pochodnych. Nam to się wydaje śmieszne, ale w gruncie rzeczy to robimy reklamę tej szmirze. Jest to o tyle złe, że niektórzy starsi ludzie traktują te programy całkiem serio (wiem o tym z własnych obserwacji) i to tylko pogłębia niezrozumienie na linii pokoleń. Ktoś może się uśmiechnąć pobłażliwie na te słowa, ale sami wyobrażamy sobie np. dawne epoki, czy odległe kraje tak, jak nam to przedstawiono. Jest to całkiem normalne, bo przeciętny Kowalski nie ma wiedzy w tej dziedzinie.
Starajmy się więc nie polegać takiej manipulacji i nie pomagajmy w manipulowaniu innymi.
Otóż okazuje się, że brak polskich wampirów jest logiczny, bowiem chroni nas najskuteczniejsza grupa na świecie. Rzesze młodych ludzi w charakterystycznym trój-pasiastym mundurze czuwają i dokładnie patrolują cmentarze w celu uprzykrzania (nie)życia krwiopijcom. Co prawda zdarza im się pokazać swój potencjał bojowy na niewinnych osobach, które znalazły się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze, ale czego się nie robi dla dobra ogółu.
Niech was to jednak nie zmyli, bo wróg czuwa. Wampiry wywołują tak duży strach między innymi przez swoją umiejętność kamuflażu. Jesteśmy bowiem w Unii Europejskiej i czy kogoś w dzisiejszych czasach byłby w stanie zaskoczyć osobnik płci męskiej z pomalowaną na biało twarzą, czarnymi paznokciami, który dodatkowo syczy podczas spożywania kawałka szynki? Cóż, co kraj to obyczaj. Nikt bowiem nie jest w stanie stwierdzić, że ów przybysz nie jest turystą z Atlantydy czy innej Utopii?
Na nasze szczęście wyżej wymienione oddziały są czujne i wszelkie odstępstwo od normy tępią szybko i skutecznie.
Załóżmy jednak, że nasz kolega z nieco przydługimi kłami jakimś cudem się uchował i ma się dobrze. Nauka płynąca z kinematografii i literatury radzi aby w takich wypadkach zgłosić się do kogoś, którego całym życiem są zjawiska paranormalne, a więc duchownego. Niestety ci wprawdzie posiadają nadnaturalne zdolności, ale ograniczają się one do odchudzania portfela bliźniego. Trzeba jednak przyznać, że w tej materii osiągnęli mistrzostwo.
No, ale co nie zabije naszego potwora, zapewne go wzmocni, a jakoś z nim trzeba walczyć. W tym momencie przychodzi nam z pomocą nieoceniony niszczyciel wszelkich pomiotów diabelskich i dobrej muzyki – Justin Bieber!!!!
Ta nieco przygłupia (na co wskazuje średnia ilość słów użytych w jej piosenkach) dziewczynka potrafi skutecznie wypleniać demoniczne zapędy u naszego milusińskiego. Wprawdzie w efekcie ubocznym orientacja seksualna naszego byłego wampira zostaje zmieniona, no ale co najważniejsze zło zostało pokonane. Warto wspomnieć, iż amerykańscy naukowcy chcieli zbadać ten fenomen, ale niestety musieli zaprzestać badań z powodu braku chętnych. W końcu krwiopijcy mają swoją godność.
A tak na poważnie to ludzie nie rozprzestrzeniajcie fragmentów z „Dlaczego ja” i pochodnych. Nam to się wydaje śmieszne, ale w gruncie rzeczy to robimy reklamę tej szmirze. Jest to o tyle złe, że niektórzy starsi ludzie traktują te programy całkiem serio (wiem o tym z własnych obserwacji) i to tylko pogłębia niezrozumienie na linii pokoleń. Ktoś może się uśmiechnąć pobłażliwie na te słowa, ale sami wyobrażamy sobie np. dawne epoki, czy odległe kraje tak, jak nam to przedstawiono. Jest to całkiem normalne, bo przeciętny Kowalski nie ma wiedzy w tej dziedzinie.
Starajmy się więc nie polegać takiej manipulacji i nie pomagajmy w manipulowaniu innymi.
poniedziałek, 5 listopada 2012
Ostatni wykład
Kilka dni temu obchodziliśmy święto zmarłych. Zapalaliśmy znicze i marzliśmy na cmentarzach przed grobami bliskich. W takich okolicznościach ludzie często zaczynają rozmyślać o śmierci, przemijaniu i innych równie ciężkich tematach. Warto jednak spojrzeć na to również z nieco innej perspektywy.
25 lipca 2008 roku zmarł Randy Pausch. Zapewne byłby on jednym z wielu wykładowców, którzy opuścili ziemski padół, gdyby nie jego ostatni wykład. Mimo iż pozostało mu zaledwie kilka miesięcy życia, postanowił opowiedzieć o spełnianiu swoich marzeń. W rezultacie otrzymaliśmy półtoragodzinną mowę przepełnioną wspaniałymi złotymi myślami i niosącą ogromny ładunek pozytywnej energii.
Obejrzenie jej pozwala zmienić podejście do śmierci. Skoro jest ona nieunikniona to nie powinniśmy się jej bać. Potraktujmy ją raczej jako zwieńczenie wspaniałego życia.
Również pamięć o przemijaniu nie jest taka zła, jeśli będziemy z niej czerpać motywacje do jak najlepszego spędzenia życia. Nie bez przyczyny bowiem Tayler Dureden w „Fight Clubie” mówił „this is your life, and it's ending one minute at the time”.
http://www.youtube.com/watch?v=FY1vz5b_aXE
Powyżej zamieszczam link do tego wspaniałego wykładu i polecam każdemu zapoznać się z nim.
P.S. Święta i powrót do Lublina nieco mnie wybiły z rytmu, dlatego ta notka jest opublikowana z opóźnieniem. Niemniej cykl weekendowy wciąż pozostaje aktualny.
Dlatego w ramach wynagrodzenia możecie się spodziewać za kilka dni kolejnego wpisu.
25 lipca 2008 roku zmarł Randy Pausch. Zapewne byłby on jednym z wielu wykładowców, którzy opuścili ziemski padół, gdyby nie jego ostatni wykład. Mimo iż pozostało mu zaledwie kilka miesięcy życia, postanowił opowiedzieć o spełnianiu swoich marzeń. W rezultacie otrzymaliśmy półtoragodzinną mowę przepełnioną wspaniałymi złotymi myślami i niosącą ogromny ładunek pozytywnej energii.
Obejrzenie jej pozwala zmienić podejście do śmierci. Skoro jest ona nieunikniona to nie powinniśmy się jej bać. Potraktujmy ją raczej jako zwieńczenie wspaniałego życia.
Również pamięć o przemijaniu nie jest taka zła, jeśli będziemy z niej czerpać motywacje do jak najlepszego spędzenia życia. Nie bez przyczyny bowiem Tayler Dureden w „Fight Clubie” mówił „this is your life, and it's ending one minute at the time”.
http://www.youtube.com/watch?v=FY1vz5b_aXE
Powyżej zamieszczam link do tego wspaniałego wykładu i polecam każdemu zapoznać się z nim.
P.S. Święta i powrót do Lublina nieco mnie wybiły z rytmu, dlatego ta notka jest opublikowana z opóźnieniem. Niemniej cykl weekendowy wciąż pozostaje aktualny.
Dlatego w ramach wynagrodzenia możecie się spodziewać za kilka dni kolejnego wpisu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)