Ten wpis bezie specyficzny, bo spróbuje napisać recenję filmu, no to ruszamy.
Dziś postanowiłem zmierzyć się z dziełem, powszechnie uznawanym za klasykę kina.
"Bezsenność sprawai, że nic nie jest realne."
Fight Club, bo o nim mowa opowiada historię, jednego z wielu pracowaników wielkiej firmy. Od typowego przedstawiciela tego typu pracy, głównego bohatera wyróżnia jego schorzenie. Jest nim bezsenność.
Co ciekawe rozwiązanie tego problemu następuje stosunkowo szybko, jednak nie ono jest sednem fabuły.
Ta zaczyna sie rozwijać właściwie od spotkania Tylera Durdena.
"Nie miałem jeszcze tak interesującego dawkowanego przyjaciela."
Tyler jest na tyle nietuzinkową personą, iż zasłużył na osobny akapit. Ten meżczyzna, trudniący się chyba każdą pracą, zarezerwowaną dla tych, którzy nie mieli szczęścia być szychami we współczesnym świecie, jest sprawcą wydarzeń, wokół których obraca się cała (pogmatwana zresztą) fabuła.
Bynajmniej nie jest on tak ceniony, za swą wszechstronność. Ten dosyć prosty człowiek, ma swoją filozofię życia niesamowicie silnie kolidującą z powszechnie uznawanym ładem. Ponadto, jako człowiek czynu postanawia naprawić świat. Oczywiście jako osoba nietuzinkowa, działa scecyficznie. Próżno więc szukać w filmie facetów noszących majtki na spodniach.
Wpływ Tylera jest niesamowicie silnie odczuwalny. To on jest inicjatorem wydarzeń wokół których toczy się akcja. Siła tej postaci, spotęgowana przez świetna grę aktorską Pitta, coraz silniej oddziałuje, na głównego bohatera, który coraz bardziej odchodzi w cień, stając się jedynie obserwatorem planu naprawy świata.
"Jak wielu innych, zostałem niewolnikiem instynktu samozadomowienia się."
Film ten zasługuje na swe zaszczyty nie tylko z powodu znakomitej fabuły, czy gry aktorskiej. Niezwykle istotny jest aspekt filozoficzny.
Główny bohater jest jednym z milionów pracowników wielkiej korporacji. To swego rodzaju stereotyp współczesnego człowieka, który nie był tak wyraźny w Polsce, gdy film wchodził na ekrany. Te 12 lat i zmiany, jakie zaszły nad Wisłą pozwalają lepiej zrozumieć główne przesłanie Podziemnego Kręgu.
Mamy tu do czynienia z ostrą krytyką konsumpcjonizmu, który zdążył się zadomowić i w naszym kraju. Standardy zachodnioeuropejskie i amerykańskie stały się również naszymi.
Pozwala to zrozumieć dlaczego i w jaki sposób Tyler walczył z panującym ładem.
Jest w tym również zawarte wytłumaczenie popularności tytułowych podziemnych kręgów. Ludzie, a szczególnie męższczyźni przyzwyczajeni do testowania swego charakteru stają się nie do końca tego świadomymi, aczkolwiek posłusznymi niewolnikami kapitalizmu. Indywidualizm staje się coraz bardziej rzadki. Nic więc dziwnego, że ci męższczyźni chcieli poznac swoje cechy, które były od nich coraz bardziej odległe z powodu ujednolicenia się w pracy, czy domu.
A coż lepiej pozwala nam poznać siebie, jeśli nie znajomość swego charakteru i bólu. Tą wiedzę kryje w sobie walka.
"Samodoskonalenie to masturbacja."
NIezwykle istotnym elementem tego tytułu jest muzyka. Widz wyraźnie odczuwa jej związek z wydarzeniami na ekranie. Jest ona tłem wydarzeń. Tylko tyle i aż tyle, bo bez niej film nie byłby taki sam. Została ona idealnie powiązana z fabułą, ani razu nie kolidując z klimatem filmu, a nawet go wzmacniając. No i to doskonałe kawałki z nurtu elektroniki, oraz rocka, szybko wpadające w ucho i nie pozwalające o sobie zapomnieć.
"Walka dawała nam poczucie zbawienia."
Niezwykle istotnym elementem są same walki. Choć wraz z rozwojem fabuły coraz bardziej tracą na znaczeniu, to ich wpływ jest silny, aż do ostatniej minuty.
Zasługują one to dwóm czynnikom: komentarzom głównego bohatera i oprawie. Znakomite zdjęcia, pokazujące nie tyle wymianę ciosów, co pojedynek charakterów zaklęty w pięściach wywołuje ogromne wrażenie. Zostaje ono spotegowane niesamowitymi efektami specjalnymi. Są one na tyle sugestywne, iż poruszyły mnie, mimo obejrzenia znacznej ilości filmów z gatunku gore. Tutaj złamany krew i plama krwi są niepokojąco realistyczne i to mimo odległego czasu, jaki minął od premiery.
Ogólnie efekty specjalne, zastosowane w tym tytule maja niezwykłą siłę, o czym świadczą właśnie walki, czy ostatnia scena.
"Poznałaś mnie w bardzo dziwnym momencie mego życia."
Fight Club jest filmem, który mogę każdemu szczerze polecić. Wysunę nawet odważne stwierdzenie, że to najlepszy film jaki kiedykolwiek obejrzałem.
Mamy w nim niebanalne przemyślenia na temat kapitalizmu, ukazane jako dialogi wspaniałych charakterów. Wszystko dopełniają niesamowite walki i hipnotyzująca muzyka.
Nie polecam tego filmu na lekki wieczorek ze znajomymi, gdyż zasługuje on na pełną uwagę.
10/10
P.S. Wszystkie śródtytuły sa oczywiście cytatami z filmu.
I jak wam sie podobało? Piszcie co sądzicie o tego typu tekstach. Chwalcie (bo to miłe), wytykajcie wady (bo to niezbędne do rozwoju), lub bluzgajcie (bo fajnie jest się ponabijać z czyjejś głupoty^^). Tylko nie zostawcie tego bez odzewu!
Postaram się pisać częściej, choc oczywiście reguralność nie była moją mocną stroną, to od teraz postaram się publikować jakiś wpis co najmniej co sobotę (choć może, gdy będzie czas i wena, częściej będę was męczył moją radosną "tfurczościom" xD ).
To do następnego wpisu.
środa, 17 sierpnia 2011
środa, 10 sierpnia 2011
Avada Kedavra!!!!
Dzisiejszy wpis będzie, jak łatwo się zorientować po tytule, poświęcony Potterowi.
Przygodę z tym światem zacząłem, wraz z pierwszą częścią filmowej sagi. Razem z klasą byłem na niej w kinie. Ta znajomość trwała, aż do czwartej części. Niestety ( czy raczej w kontekście późniejszych wydarzeń, na szczęście ) piąta część została wyświetlona w wakacje, stąd też poznałem się z nią przelotnie, podczas jednego ze spotkać z koleżankami. Zakon Feniksa wywarł na mnie maksymalnie negatywne wrażenie, co zaowocowało rozstaniem z serią.
Przełom nastąpił mniej więcej w momencie premiery pierwszej części Isygnii. Wtedy postanowiłem zobaczyć, co ludzie widzą w tej serii i krótko mówiąc wsiąkłem. Z zajadłego wroga stałem się członkiem ogromnej rzeszy serii o nastoletnim czarodzieju.
Z tego też powodu wybrałem się do Olsztyna, z zamiarem obejrzenia zwieńczenia sagi, co zresztą uczyniłem.
Jeszcze przed obejrzeniem ostatniej, części powziąłem zamiar stworzenia tego wpisu.
Nie będę ukrywał, iż w moim życiu, podobnie jak w wielu innych Harry się pojawiał. Ta wyjątkowo dochodowa seria odcisnęła duże piętno, na całą ówczesną popkulturę.
Najciekawszy jest jednak fakt, iż seria, która swój sukces zawdzięcza dzieciom nie jest skierowana przede wszystkim do nich.
Jak zapewne każdy wie powszechna jest teza o ewolucji serii. Bynajniej nie jest to puste hasło, a niezaprzeczalny fakt.
Nastrój na kartach gęstnieje z każdym tomem, dojść do apogeum podczas bitwy o Hogwart.
Jednak ta seria to nie tylko żywot pewnego nastolatka, ale też trafna wizja społeczeństwa, opis totalitaryzmu i skarbnica wartości moralnych i przemyśleń natury czasem i filozoficznej. A wszystko to zaczęło się od przyjemnie beztroskiej bajki, którą czyta się wspaniale właśnie dlatego, że nie jest się dzieckiem.
Krótko mówiąc, jest to naprawdę wartościowa seria, do której napewno wróce jeszcze nie raz.
Przygodę z tym światem zacząłem, wraz z pierwszą częścią filmowej sagi. Razem z klasą byłem na niej w kinie. Ta znajomość trwała, aż do czwartej części. Niestety ( czy raczej w kontekście późniejszych wydarzeń, na szczęście ) piąta część została wyświetlona w wakacje, stąd też poznałem się z nią przelotnie, podczas jednego ze spotkać z koleżankami. Zakon Feniksa wywarł na mnie maksymalnie negatywne wrażenie, co zaowocowało rozstaniem z serią.
Przełom nastąpił mniej więcej w momencie premiery pierwszej części Isygnii. Wtedy postanowiłem zobaczyć, co ludzie widzą w tej serii i krótko mówiąc wsiąkłem. Z zajadłego wroga stałem się członkiem ogromnej rzeszy serii o nastoletnim czarodzieju.
Z tego też powodu wybrałem się do Olsztyna, z zamiarem obejrzenia zwieńczenia sagi, co zresztą uczyniłem.
Jeszcze przed obejrzeniem ostatniej, części powziąłem zamiar stworzenia tego wpisu.
Nie będę ukrywał, iż w moim życiu, podobnie jak w wielu innych Harry się pojawiał. Ta wyjątkowo dochodowa seria odcisnęła duże piętno, na całą ówczesną popkulturę.
Najciekawszy jest jednak fakt, iż seria, która swój sukces zawdzięcza dzieciom nie jest skierowana przede wszystkim do nich.
Jak zapewne każdy wie powszechna jest teza o ewolucji serii. Bynajniej nie jest to puste hasło, a niezaprzeczalny fakt.
Nastrój na kartach gęstnieje z każdym tomem, dojść do apogeum podczas bitwy o Hogwart.
Jednak ta seria to nie tylko żywot pewnego nastolatka, ale też trafna wizja społeczeństwa, opis totalitaryzmu i skarbnica wartości moralnych i przemyśleń natury czasem i filozoficznej. A wszystko to zaczęło się od przyjemnie beztroskiej bajki, którą czyta się wspaniale właśnie dlatego, że nie jest się dzieckiem.
Krótko mówiąc, jest to naprawdę wartościowa seria, do której napewno wróce jeszcze nie raz.
wtorek, 5 lipca 2011
Historia pewnego pijaka.
Yo ludzia!
Ci co tu jeszcze wytrwali, zdążyli zauważyć, że regularność nie jest moją najmocniejszą cechą, stąd też kolejny wpis, w tak krótkim odstępie czasu.
To ciekawe, a dla mnie osobiście wspaniałe, jak łatwo mnie natchnąć. Za dzisiejszy przypływ weny odpowiada suchy chodnik w parku, który przed deszczem ochroniło drewno ławki.
Od razu przepraszam za powtórzenia(jeśli się pojawią) i szereg uproszczeń. Są one spowodowane spontanicznością, towarzyszącą tworzeniu tego wpisu.
No to jedziem:
Wszyscy znali go, jako tego nędznego kloszarda, często upijającego się do nieprzytomności. Dla nielicznych, był on Sławkiem, grupa ta składała się głównie z jego kolegów po kieliszku. Jednak nie zawsze tak było.
Sławomir Wiśniewski, bo o nim mowa, był szanowanym mieszkańcem, swego rodzinnego miasta Ostowca Świętokrzyskiego.
Sprytnie wykorzystał nikłą, konkurencję w okresie transformacji i założył całkiem spory sklep z częściami do samochodów.
Wiodło mu się całkiem nieźle i jedynym poważniejszym problemem były częste kłótnie z córką. Przypominała swoją matkę, zachłanną, egoistyczną kobietę, z którą był w zasadzie z przyzwyczajenia, no i w końcu "co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela". Więc nie rozdzialał.
Sławomir nie wiedział do końca, co do niej czuje. Postanowił więc prowadzić swoje życie na zasadach, rządzących biznesem, w końcu dawało to wymierne kożyści, a przynajmniej nie powodowało, aż tak wielkich strat.
Naczelną zasadą był "spokój przede wszystkim". Nie ma sensu działać pochopnie, serce w końcu jest niezbyt wiarygodnym doradcą.
Dlatego też Elżbieta, jego żona mieszkała w zakupionym przez niego domu i dostawała milczącą zgodę, na wydawanie dużych pieniędzy, często bez sensu. Sławomir uważał, że problemy w domu są wyłącznie jego winą i sądził, iż jeśli Elżbieta dostanie to co chce będzie go kochać. Tak jak to dawniej czyniła.
Tak się jednak nie działo i właściciel sklepu nieraz zaciągał kredyt, na wakacje do ciepłych krajów dla swej żony i córki. Sam nie wylegiwał się na słońcu, bo cenił pracę i z chęcią sam stawał za ladą swojego sklepu.
Życie Sławomira, szybko stało się monotonnym ciągiem: praca, kłótnia w domu, praca, zachcianki kobiet, pożyczka, praca, spłacenie długu.
Wtedy, gdy Wiśniewski zaczął się przyzywczajać do tego ciągu wydarzeń i traktować go, jako naturalną kolej rzeczy, stało się coś co zniszczyło cały układ.
W Ostrowcu otworzono ogromny sklep z towarami, które sprzedawał Stanisław. Była to koejna filia ogromnej sieci.
Powstała bardzo szybko, bo odkupiono budynek, od jeden z wielu sieci supermarketów.
Ponadto nikt do końca nie wiedział, jaki typ sklepu ma powstać, wszelkie informacje uzyskiwano z często błędnych plotek.
W tym samym czasie Sławomir, czując zbliżające się zagrożenie postanowił poszerzyć asortyment swoich towarów, był to jednak ogromny błąd, który spowodował ogromne straty.
Był to czerwiec, więc żona z córką zarządały pieniędzy na kolejne wakacje. Wiśniewski wiedział, iż będzie to spory wydatek i długi są teraz ryzykownym posunięciem, ale rodzina jest najważniejsza i to o nią powinien dbać na pierwszym miejscu,a nie o firmę.
Pożyczkę pobrał szybko i sprawnie. Wtedy zaczęły się kłopoty.
Sklep Sławomira z każdym dniem odwiedzało coraz mniej klientów, w końcu nie uczęszczli do niego nawet dobzi przyjaciele właściciele.
I nadszedł termin spłaty.
Wisniewski nie miał pieniędzy, więc pistanowił zyskać na czasie biorąc kolejną pożyczkę. Powtsała w ten sposób sztuczna bańka pozornie tylko gwaratująca bezpieczeństwo, bo jej pęknięcie było nieuniknione. Nastąpiło to w momencie bankructwa sklepu. Dzień później(idealne wyczucie czasu rządowych papierów) przyszedł kolejny z kolei list ponaglający do spłaty pożyczki. Wpadł on w ręce Elżbiety, a ona zareagowała błyskawicznie. Szybki rozwód i łatwe pieniądze zdobyte dzięki intercyzie.
Sławomir zaczął sporo pić. Nigdy niue stronił od alkoholu, piwo było stałym elementem jego kolacji, a nieraz i obiadu. Dosyć często serwował sobie też Martini. Krótko mówiąc pił codziennie i sporo, ale nie był to problem, gdy miał pieniądze. Teraz pieniędzy nie było,a problem urastał do rozmiarów ogromnej katastrofy.
Sławomir postanowił jednak kupić wódkę. Dużo wódki. Przez kilka dni jego życie opierało się na piciu wody ognistej.
Jednak, gdy otrzeźwiał, a zasoby alkoholu się skończyły ujrzał nad sobą twarz komornika. Ten zabrał mu wszystko, z niekłamanym uśmiechem na twarzy.
Sławomir zabrał jedynie odrobinę pieniędzy jaka mu została i kilka kompletów ubrań i udał sie pod sklep, pod którym codziennie się upija z żalu i przyzywczajenia.
Każdy z nas spotyka na swej drodze pijaków. Zazwyczaj kontakt ogranicza się do pogardliwego spojrzenia. Warto jednak poznać lepiej tych ludzi, bo nie wszyscy są głupcami, których całe życie krąży wokół alkoholu. Są między nimi też ludzie przegrani, można nawet ktoś, kogo historia jest podobna do powyższej.
Oczywiście osoby i wydarzenia są fikcyjne.
Mały komunikat, od września będę się starał dawać przynajmniej jeden wpis w tygodniu, ale aktualnie na dwa miesiące blog zamilknie, bo jadę do pracy, gdzie raczej nie będę miał dostępu do komputera.
Jeśli ktoś się chce zaopiekować tym królestem, lub zwyczajnie pogadać, to niech pisze na tel (jesli ma mój nr), lub na gg, pod numer:10661286.
Mam gg na telefonie, więc będę się na nim dosyć często pojawiać.
To na razie.
Ci co tu jeszcze wytrwali, zdążyli zauważyć, że regularność nie jest moją najmocniejszą cechą, stąd też kolejny wpis, w tak krótkim odstępie czasu.
To ciekawe, a dla mnie osobiście wspaniałe, jak łatwo mnie natchnąć. Za dzisiejszy przypływ weny odpowiada suchy chodnik w parku, który przed deszczem ochroniło drewno ławki.
Od razu przepraszam za powtórzenia(jeśli się pojawią) i szereg uproszczeń. Są one spowodowane spontanicznością, towarzyszącą tworzeniu tego wpisu.
No to jedziem:
Wszyscy znali go, jako tego nędznego kloszarda, często upijającego się do nieprzytomności. Dla nielicznych, był on Sławkiem, grupa ta składała się głównie z jego kolegów po kieliszku. Jednak nie zawsze tak było.
Sławomir Wiśniewski, bo o nim mowa, był szanowanym mieszkańcem, swego rodzinnego miasta Ostowca Świętokrzyskiego.
Sprytnie wykorzystał nikłą, konkurencję w okresie transformacji i założył całkiem spory sklep z częściami do samochodów.
Wiodło mu się całkiem nieźle i jedynym poważniejszym problemem były częste kłótnie z córką. Przypominała swoją matkę, zachłanną, egoistyczną kobietę, z którą był w zasadzie z przyzwyczajenia, no i w końcu "co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela". Więc nie rozdzialał.
Sławomir nie wiedział do końca, co do niej czuje. Postanowił więc prowadzić swoje życie na zasadach, rządzących biznesem, w końcu dawało to wymierne kożyści, a przynajmniej nie powodowało, aż tak wielkich strat.
Naczelną zasadą był "spokój przede wszystkim". Nie ma sensu działać pochopnie, serce w końcu jest niezbyt wiarygodnym doradcą.
Dlatego też Elżbieta, jego żona mieszkała w zakupionym przez niego domu i dostawała milczącą zgodę, na wydawanie dużych pieniędzy, często bez sensu. Sławomir uważał, że problemy w domu są wyłącznie jego winą i sądził, iż jeśli Elżbieta dostanie to co chce będzie go kochać. Tak jak to dawniej czyniła.
Tak się jednak nie działo i właściciel sklepu nieraz zaciągał kredyt, na wakacje do ciepłych krajów dla swej żony i córki. Sam nie wylegiwał się na słońcu, bo cenił pracę i z chęcią sam stawał za ladą swojego sklepu.
Życie Sławomira, szybko stało się monotonnym ciągiem: praca, kłótnia w domu, praca, zachcianki kobiet, pożyczka, praca, spłacenie długu.
Wtedy, gdy Wiśniewski zaczął się przyzywczajać do tego ciągu wydarzeń i traktować go, jako naturalną kolej rzeczy, stało się coś co zniszczyło cały układ.
W Ostrowcu otworzono ogromny sklep z towarami, które sprzedawał Stanisław. Była to koejna filia ogromnej sieci.
Powstała bardzo szybko, bo odkupiono budynek, od jeden z wielu sieci supermarketów.
Ponadto nikt do końca nie wiedział, jaki typ sklepu ma powstać, wszelkie informacje uzyskiwano z często błędnych plotek.
W tym samym czasie Sławomir, czując zbliżające się zagrożenie postanowił poszerzyć asortyment swoich towarów, był to jednak ogromny błąd, który spowodował ogromne straty.
Był to czerwiec, więc żona z córką zarządały pieniędzy na kolejne wakacje. Wiśniewski wiedział, iż będzie to spory wydatek i długi są teraz ryzykownym posunięciem, ale rodzina jest najważniejsza i to o nią powinien dbać na pierwszym miejscu,a nie o firmę.
Pożyczkę pobrał szybko i sprawnie. Wtedy zaczęły się kłopoty.
Sklep Sławomira z każdym dniem odwiedzało coraz mniej klientów, w końcu nie uczęszczli do niego nawet dobzi przyjaciele właściciele.
I nadszedł termin spłaty.
Wisniewski nie miał pieniędzy, więc pistanowił zyskać na czasie biorąc kolejną pożyczkę. Powtsała w ten sposób sztuczna bańka pozornie tylko gwaratująca bezpieczeństwo, bo jej pęknięcie było nieuniknione. Nastąpiło to w momencie bankructwa sklepu. Dzień później(idealne wyczucie czasu rządowych papierów) przyszedł kolejny z kolei list ponaglający do spłaty pożyczki. Wpadł on w ręce Elżbiety, a ona zareagowała błyskawicznie. Szybki rozwód i łatwe pieniądze zdobyte dzięki intercyzie.
Sławomir zaczął sporo pić. Nigdy niue stronił od alkoholu, piwo było stałym elementem jego kolacji, a nieraz i obiadu. Dosyć często serwował sobie też Martini. Krótko mówiąc pił codziennie i sporo, ale nie był to problem, gdy miał pieniądze. Teraz pieniędzy nie było,a problem urastał do rozmiarów ogromnej katastrofy.
Sławomir postanowił jednak kupić wódkę. Dużo wódki. Przez kilka dni jego życie opierało się na piciu wody ognistej.
Jednak, gdy otrzeźwiał, a zasoby alkoholu się skończyły ujrzał nad sobą twarz komornika. Ten zabrał mu wszystko, z niekłamanym uśmiechem na twarzy.
Sławomir zabrał jedynie odrobinę pieniędzy jaka mu została i kilka kompletów ubrań i udał sie pod sklep, pod którym codziennie się upija z żalu i przyzywczajenia.
Każdy z nas spotyka na swej drodze pijaków. Zazwyczaj kontakt ogranicza się do pogardliwego spojrzenia. Warto jednak poznać lepiej tych ludzi, bo nie wszyscy są głupcami, których całe życie krąży wokół alkoholu. Są między nimi też ludzie przegrani, można nawet ktoś, kogo historia jest podobna do powyższej.
Oczywiście osoby i wydarzenia są fikcyjne.
Mały komunikat, od września będę się starał dawać przynajmniej jeden wpis w tygodniu, ale aktualnie na dwa miesiące blog zamilknie, bo jadę do pracy, gdzie raczej nie będę miał dostępu do komputera.
Jeśli ktoś się chce zaopiekować tym królestem, lub zwyczajnie pogadać, to niech pisze na tel (jesli ma mój nr), lub na gg, pod numer:10661286.
Mam gg na telefonie, więc będę się na nim dosyć często pojawiać.
To na razie.
poniedziałek, 4 lipca 2011
Black Jack część 3.
Yo ludzia!
Po części, na prośbę Xardasssa^^, a po części z nudów, ponownie zakuwam mój umysł w kajdany i zmuszam go, by pisał(i nawet nie muszę używać bata, dobry niewolnik to jest to^^).
Szczerze mójwiąc dzisiejsza pogoda mnie z deczka usypia, więc nie mam zbytnio weny, a co za tym idzie, niebardzo jest o czym pisać. Dlatego też wygrzebałem z odmętów mego biurka ów ranking gier i właśnie opisze kolejne pozycje.
No to jedziemy z tym koksem.
15. Total Annihilation
Jak widać grafika zdążyła zaśmierdnąć naftaliną (co nie jest specjalnie dziwne, bo wydano ja w 1997 roku), lecz pechanika rozgrywki dalej jest wspaniała.
Powyższy tytuł to przyszłościowy RTS, szalenie nowatorski w momencie wydania, a i dziś niewiele mniej oryginalny.
W zasadzie można o nim powiedzieć wszystko, co o jakimjolwiek innym RTSie z tego okresu, więc skupię się na tych subtelnych detalach świadczących o wspaniałości tego tytułu.
Należą do nich: ograniczenie surowców do dwóch(całkiem realistycznie zdobywanych, bo np. enegrię tworzymy w elektrowniach, a metal uzyskujemy z wraków naszych i wrogich wojaków), którymi opałacamy koszt budowy jednostek i budowli, jednak, co bardzo ważne, płacimy za nie na bieżąco, a nie z góry.
Druga innowacją, jest kupowanie jednostek na sztuki przy praktycznym braku limitów(tzn. jakieś tam są ale rzędu kilku tysięcy).
No i ostatnia, chyba najważniejsza innowacja: kolejkowanie rozkazów.
W sytuacji, gdy jednym oddziałem kierujemy zwiad, dwoma innymi przypuszaczamy atak na wrogie oddziały, a w bazie tworzymy spore zaplecze, możliwość ogarnięcie całego tego chaosu, za pomocą zadań, które mają zostać wykonane w przyszłości, jest po prostu błogosławieństwem.
Krótko mówiąc TA jest świetnym, aczkolwiek wymagającym tytułem, a jeśli nie dostrzegasz zalet tych oryginalnych cech, to odpuść sobie ten tytuł, bo w twych żyłach nie płynie krew Napolena, czy innego Kutuzowa i dowódca byłby z ciebie mierny.
14. Warcraft 3
Tak się śmiesznie złożyło, iż jedyne stricte RTSy w tym zestawieniu znalazły się obok siebie.
Od razu mówię, iż ten tytuł w przeciwieństwie do TA, nie dostarcza żadnych nowych elementów rozgrywki, ale za to otrzymujemy świetną grę. 4 dosyć wyważone rasy(w moich oczach, troche zbyt słabe są orki, z powodu ich nędznego lotnictwa, ale z tym problemem walczono dodając im w dodatku nowe latające jednostki), świetny klimat no i wpasniała historia, zawierająca solidna dawkę epickości i nadzwyczaj sprawnie operująca klasycznymi (aż do bólu) motywami, takimi jak: przeobrażenie dobrego bohatera, czy ratowanie świata.
Warto jednak ten tytuł poznać, bo frajdy jest przy nim co niemiara, no i w sieci ma się on bardzo dobrze.
Ponadto atutem jest świetna polonizacja, ze znakomicie dobranymi głosami. Pozwala to na długo zapamiętać odzwyki poszczególnych jednostek i udowadnie, że choć Blizzard gry wydaje rzadko, to każdy ich tytuł jest dopracowany pod każdym względem(bo W3 jest uważany, za ich najgorszż grę).
"Praca, praca. Więcej pracy? "
13. Mount and Blade
Ta pozycja jest chyba najbardziej wyjątkowym tytułem na tej liście. Można ją potraktować, jako całkiem niezły symulator średniowiecznego feudalizmu (jedyne co bym zmienił to kościół, a dokładniej jego brak, choć patrząc na Medievala może to i lepiej, że nie pojawia się ten "główny upierdliwiec"). Możemy więc zostać wasale króla i podlizywać się mu, wykonując dla niego różne zadania. Jest to tyle opłacalne, iż za bóle pleców spowodowane częstym padaniem na twarz, nasz senior patrzy na nas coraz przychylniejszym wzrokiem, co przynosi bardzo wymierne kożyści w postaci władzy nad podbitymi wioskami.
Jakimi wioskami, może ktoś zapytać i w oczach takowej osoby zapłonie bardzo charakterystyczna żądza krwi.
Na taką reakcję mam tylko jeden komentarz: bracie/siostro taaak myślimy o tym samym^^.
Dochodzimy właśnie do powodu, dla którego swego czasu zagrywałem się w Mounta dosyć sporo i niechybnie to tego wspaniałego tytułu powrócę.
Nie trzeba być Holmesem(ale Watsonem warto^^), by zdać sobie sprawę, że latanie z listami po królestwie, czy zbieranie podatków nie należy do najciekawszych rzeczy rzeczy pod słońcem. Wtedy to dochodzimy do najciekawszego aspektu tytułu. Są nim bitwy.
Celowo nie nazwałem ich walkami, bo to słowo za słabo oddaje rozmach batalii. Tytuł pozwala nam dowodzić swym oddziałem i est to chyba jedyna gra w której postać gracza jest zalewie jednostką.
Zreszta słowa to za mało, by ukazać te przeżycia, których się zaznaje podczas spotkania z wrogiem.
Dość powiedzieć, że gdy gracz brał udział w szarży ponad stu konnych, przeciwko 4 razy większym siłom wroga, to jego postrzeganie świata gier ulega diametralnej zmianie.
Tym oto podsumowanim kończę ten wpis, a przed nam najlepsza dwunastka.
Jeszcze jedno:
http://www.formspring.me/ZAQ1992
Macie tu link do mego forspringa, na którego zapraszam wszystkich którzy chcą wiedzieć wszysko o mnie a boją się zapytać na łamach tego bloga^^.
Po części, na prośbę Xardasssa^^, a po części z nudów, ponownie zakuwam mój umysł w kajdany i zmuszam go, by pisał(i nawet nie muszę używać bata, dobry niewolnik to jest to^^).
Szczerze mójwiąc dzisiejsza pogoda mnie z deczka usypia, więc nie mam zbytnio weny, a co za tym idzie, niebardzo jest o czym pisać. Dlatego też wygrzebałem z odmętów mego biurka ów ranking gier i właśnie opisze kolejne pozycje.
No to jedziemy z tym koksem.
15. Total Annihilation
Jak widać grafika zdążyła zaśmierdnąć naftaliną (co nie jest specjalnie dziwne, bo wydano ja w 1997 roku), lecz pechanika rozgrywki dalej jest wspaniała.
Powyższy tytuł to przyszłościowy RTS, szalenie nowatorski w momencie wydania, a i dziś niewiele mniej oryginalny.
W zasadzie można o nim powiedzieć wszystko, co o jakimjolwiek innym RTSie z tego okresu, więc skupię się na tych subtelnych detalach świadczących o wspaniałości tego tytułu.
Należą do nich: ograniczenie surowców do dwóch(całkiem realistycznie zdobywanych, bo np. enegrię tworzymy w elektrowniach, a metal uzyskujemy z wraków naszych i wrogich wojaków), którymi opałacamy koszt budowy jednostek i budowli, jednak, co bardzo ważne, płacimy za nie na bieżąco, a nie z góry.
Druga innowacją, jest kupowanie jednostek na sztuki przy praktycznym braku limitów(tzn. jakieś tam są ale rzędu kilku tysięcy).
No i ostatnia, chyba najważniejsza innowacja: kolejkowanie rozkazów.
W sytuacji, gdy jednym oddziałem kierujemy zwiad, dwoma innymi przypuszaczamy atak na wrogie oddziały, a w bazie tworzymy spore zaplecze, możliwość ogarnięcie całego tego chaosu, za pomocą zadań, które mają zostać wykonane w przyszłości, jest po prostu błogosławieństwem.
Krótko mówiąc TA jest świetnym, aczkolwiek wymagającym tytułem, a jeśli nie dostrzegasz zalet tych oryginalnych cech, to odpuść sobie ten tytuł, bo w twych żyłach nie płynie krew Napolena, czy innego Kutuzowa i dowódca byłby z ciebie mierny.
14. Warcraft 3
Tak się śmiesznie złożyło, iż jedyne stricte RTSy w tym zestawieniu znalazły się obok siebie.
Od razu mówię, iż ten tytuł w przeciwieństwie do TA, nie dostarcza żadnych nowych elementów rozgrywki, ale za to otrzymujemy świetną grę. 4 dosyć wyważone rasy(w moich oczach, troche zbyt słabe są orki, z powodu ich nędznego lotnictwa, ale z tym problemem walczono dodając im w dodatku nowe latające jednostki), świetny klimat no i wpasniała historia, zawierająca solidna dawkę epickości i nadzwyczaj sprawnie operująca klasycznymi (aż do bólu) motywami, takimi jak: przeobrażenie dobrego bohatera, czy ratowanie świata.
Warto jednak ten tytuł poznać, bo frajdy jest przy nim co niemiara, no i w sieci ma się on bardzo dobrze.
Ponadto atutem jest świetna polonizacja, ze znakomicie dobranymi głosami. Pozwala to na długo zapamiętać odzwyki poszczególnych jednostek i udowadnie, że choć Blizzard gry wydaje rzadko, to każdy ich tytuł jest dopracowany pod każdym względem(bo W3 jest uważany, za ich najgorszż grę).
"Praca, praca. Więcej pracy? "
13. Mount and Blade
Ta pozycja jest chyba najbardziej wyjątkowym tytułem na tej liście. Można ją potraktować, jako całkiem niezły symulator średniowiecznego feudalizmu (jedyne co bym zmienił to kościół, a dokładniej jego brak, choć patrząc na Medievala może to i lepiej, że nie pojawia się ten "główny upierdliwiec"). Możemy więc zostać wasale króla i podlizywać się mu, wykonując dla niego różne zadania. Jest to tyle opłacalne, iż za bóle pleców spowodowane częstym padaniem na twarz, nasz senior patrzy na nas coraz przychylniejszym wzrokiem, co przynosi bardzo wymierne kożyści w postaci władzy nad podbitymi wioskami.
Jakimi wioskami, może ktoś zapytać i w oczach takowej osoby zapłonie bardzo charakterystyczna żądza krwi.
Na taką reakcję mam tylko jeden komentarz: bracie/siostro taaak myślimy o tym samym^^.
Dochodzimy właśnie do powodu, dla którego swego czasu zagrywałem się w Mounta dosyć sporo i niechybnie to tego wspaniałego tytułu powrócę.
Nie trzeba być Holmesem(ale Watsonem warto^^), by zdać sobie sprawę, że latanie z listami po królestwie, czy zbieranie podatków nie należy do najciekawszych rzeczy rzeczy pod słońcem. Wtedy to dochodzimy do najciekawszego aspektu tytułu. Są nim bitwy.
Celowo nie nazwałem ich walkami, bo to słowo za słabo oddaje rozmach batalii. Tytuł pozwala nam dowodzić swym oddziałem i est to chyba jedyna gra w której postać gracza jest zalewie jednostką.
Zreszta słowa to za mało, by ukazać te przeżycia, których się zaznaje podczas spotkania z wrogiem.
Dość powiedzieć, że gdy gracz brał udział w szarży ponad stu konnych, przeciwko 4 razy większym siłom wroga, to jego postrzeganie świata gier ulega diametralnej zmianie.
Tym oto podsumowanim kończę ten wpis, a przed nam najlepsza dwunastka.
Jeszcze jedno:
http://www.formspring.me/ZAQ1992
Macie tu link do mego forspringa, na którego zapraszam wszystkich którzy chcą wiedzieć wszysko o mnie a boją się zapytać na łamach tego bloga^^.
piątek, 1 lipca 2011
Dziewiętnastka
Yo ludzia!
Dziś, jak niektórym z was wiadomo słońce zaświeciło na moją mordkę równo 19 lat temu, a więc jak nietruno stwierdzić obchodzę urodziny.
O ile sama ta uroczystość była dosyć kameralna i typowa(pizza i herosy z kumplem, choć to i tak lepsze ni picie wódy z szefem, jak to miało miejsce w tamtym roku), o tyle wiek jest na swój sposób wyjatkowy.
Dziewiętnastka. Straszny wiek, w którym człekowi bliżej do poważnie brzmiącej dwudziestki, niż do gówniarskiej osiemnachy.
Postanowiłem więc dokonać swoistego przeglądu swojego życia, a jego wynik mnie samego zaciekawił.
Otóż, mimo tragicznej samooceny i fury kompleksów muszę stwierdzić, iż przez ten stosunkowo krótki czas, dokonałem dosyć wiele.
Poznałem sporo osób, w tym kilka naprawdę wartościowych, napisałem kilka stron opisujących pojedyńcze scenki, lub opowiadania, założyłem dwa blogi, a jeden aktualnie uśpiłem(choć dziś doznał on chwilowego przebudzenia^^).
Napisałem kilka wierszy, sporo się śmiałem i płakałem, koachałem mocno, romantycznie i zaznawałem równie silnych zawodów.
Posiadłem pasje. Wiele pasji.
No i co najważniejsze stworzyłem swój świat, w którym czuję się dobrze.
Dochodzi jeszcze ogólna teoria na temat nieskończoności, filozofia sensu życia, ustrój polityczny i rewolucję, która pochłonęła mnie całym sercem.
Mogę więc powiedzieć, iż już czegoś dokonałem. W końcu piszę tu, a wy mnie czytacie.
Teraz pozostaje jeszcze mój główny życiowy cel-życie z pióra.
Moim marzeniem i sense mego życia jest pisanie. Kocham je z całego serca i dąże do sytuacji, gdy to mój tekst będzie druowany i to on mnie uchroni od głodu.
Można pomyśleć, iż są to puste słowa, lecz ktoś na ten blog wchodzi, więc jakąś bazę początkową posiadam^^.
Ostatni sprawa, bom zmęczony.
Dzięki, że nie składaliście mi tu, na facebookowy wzór życzeń. Byłoby to kiczowate i nieszczere, a najwaspanialszym dla mnie prezentem, będzie wasze odwiedzanie, tego bloga i komenty^^. No i postaram się, mimo swego wieku, dalej być uchachanym gówniarzem, jarającym się fantastyką i anime,. No i oby czas mnie nie zmienił zbyt mocno, czego życzę wam i sobie.
To cześć wam do następnego wpisu.
Dziś, jak niektórym z was wiadomo słońce zaświeciło na moją mordkę równo 19 lat temu, a więc jak nietruno stwierdzić obchodzę urodziny.
O ile sama ta uroczystość była dosyć kameralna i typowa(pizza i herosy z kumplem, choć to i tak lepsze ni picie wódy z szefem, jak to miało miejsce w tamtym roku), o tyle wiek jest na swój sposób wyjatkowy.
Dziewiętnastka. Straszny wiek, w którym człekowi bliżej do poważnie brzmiącej dwudziestki, niż do gówniarskiej osiemnachy.
Postanowiłem więc dokonać swoistego przeglądu swojego życia, a jego wynik mnie samego zaciekawił.
Otóż, mimo tragicznej samooceny i fury kompleksów muszę stwierdzić, iż przez ten stosunkowo krótki czas, dokonałem dosyć wiele.
Poznałem sporo osób, w tym kilka naprawdę wartościowych, napisałem kilka stron opisujących pojedyńcze scenki, lub opowiadania, założyłem dwa blogi, a jeden aktualnie uśpiłem(choć dziś doznał on chwilowego przebudzenia^^).
Napisałem kilka wierszy, sporo się śmiałem i płakałem, koachałem mocno, romantycznie i zaznawałem równie silnych zawodów.
Posiadłem pasje. Wiele pasji.
No i co najważniejsze stworzyłem swój świat, w którym czuję się dobrze.
Dochodzi jeszcze ogólna teoria na temat nieskończoności, filozofia sensu życia, ustrój polityczny i rewolucję, która pochłonęła mnie całym sercem.
Mogę więc powiedzieć, iż już czegoś dokonałem. W końcu piszę tu, a wy mnie czytacie.
Teraz pozostaje jeszcze mój główny życiowy cel-życie z pióra.
Moim marzeniem i sense mego życia jest pisanie. Kocham je z całego serca i dąże do sytuacji, gdy to mój tekst będzie druowany i to on mnie uchroni od głodu.
Można pomyśleć, iż są to puste słowa, lecz ktoś na ten blog wchodzi, więc jakąś bazę początkową posiadam^^.
Ostatni sprawa, bom zmęczony.
Dzięki, że nie składaliście mi tu, na facebookowy wzór życzeń. Byłoby to kiczowate i nieszczere, a najwaspanialszym dla mnie prezentem, będzie wasze odwiedzanie, tego bloga i komenty^^. No i postaram się, mimo swego wieku, dalej być uchachanym gówniarzem, jarającym się fantastyką i anime,. No i oby czas mnie nie zmienił zbyt mocno, czego życzę wam i sobie.
To cześć wam do następnego wpisu.
sobota, 25 czerwca 2011
Black Jack część 2.
Yo ludzia!
Kontunuujmy więc ten na cholerę komukolwiek potrzebny ranking, który, stwierdzając po ilości komentarzy do pierwszej części(a raczej ich braku), jest przez was normalnie ubóstwiany ^^.
18. Total Overdose
Jeśli szukacie, ambitnej fabuły, niejednoznacznych postaci i głębokich uczuć, to omijajcie ten tytuł szerokim łukiem.
W Total Overdose mamy do czynienia z bezmyślną jatką w najczystrzej postaci. By była jasność, jakaś tam fabuła podobno istnieje, ale szczerze mówiąc kogo ona obchodzi.
Ten tytuł oferuje nam wyczynianie możliwość wyczyniania takich akrobacji, że nie zdziwilibyśmy się, gdyby główny bohater okazał się nieślubnym dzieckiem Neo i Maxa Payne'a.
Ponadto z czasem(a dokładniej z każdą zebraną specjalną znadźką) nasz heros otrzymuje możliwość dzierżenia coraz to różniejszych broni w dwóch sztukach naraz(każda do jednej ręki). Dochodzą jeszcze specjalne wspomagacze, lub przyzywanie pomocników jak choćby facet przebrany w szkieleta z Bazooką - typowy strój na święto zmarłych w Ameryce Łacińskiej(niestety oficjalnie bez Bazooki).
Dodajmy jeszcze spory arsenał, jaki dzierży główny bohater i naprawdę wiele rzeczy robiących duże boom.
Całość umieśćmy w klimatach meksykańsko podobnych i już mamy ogónie wyobrażenie o Totalnym Przedawkowaniu.
Ta gra ma wielkie cojones!
17. Medieval: Total War
Zacznę od pewnego spostrzeżenia, na temat gier, a konkretniej ich tytułów. Czemu każdy ich człon jest pisany z wielkiej litery, ani to poprawne, ani wpływające na odbiór. Osobiście obstawiam, iż twórcy leczą w ten sposób swoje komleksy(wiecie: człon, wielka litera) ;-).
Co do powyższego tytułu. Jest to jedna z gier, z serii Total War, która pozwala nam wcielić się we Władcę Bardzo Złego I Silnego (lub trzecirzędnego władykę, ale nie czepiajmy się szczegółów), który toczy bitwy, wysyłając na rzeź kwiat rycerstwa(czytaj: tą nędzną hałastrę).
Ogólne rzecz ujmując, gracz wciela się w króla, lub innego shoguna(wszystko zależy od czasów i miejsca, w którym się toczy akcja danego tytułu z serii). Mamy za zadanie przekształcić nasze państwo w potęgę, zarówno gospodarczą, jak i militarną, czy terytorialną. W tymże celu wykorzystujemy wszelkie dostępne sposoby, takie jak choćby ożenki z właściwymi osobami, ale także zabójstwa.
Jak łatwo zauważyć, na drodze, do utworzenia naszego mocarstwa w Starym Świecie/Japonii/ na świecie, stoją inne państwa, a nie zawsze jest miło i nie wiedzieć czemu, nasi kochani sąsiedzi nie są zbyt skorzy do oddawania nam swych ziem. Taka sytuacja prowadzi do wybuchu wojen, a te się równoznacze z prowadzeniem tego, co tygrysy kochają najbardziej czyli bitew.
Ciekawym i nowatorskim pomysłem (jak na czasy pierwszego tytułu), było ukazanie oddadziału, jako grupy jednostek. Wierzcie mi niewiele rzeczy jest piękniejszych, od widoku garstki naszych dzielnych wojaków, goniących uciekające w panice jednostki wroga.
Kolejnym atutem gry jest wątpliwy walor edukacyjny, za jaki można uznać zrozumienie władców państw zaborczych (szczególnie cara). Otóż po zajęciu nowych ziem, wchodzących w skład naszego Najpotęzniejszego Imperium Wszechczasów, często wybuchają bunty. Sytuacja nie jest tragiczna, chyba, że postanawiamy zwiększać swój prestiż jedynie za pomocą bismarckowskiej koepcji krwi i żelaza(co wyżej podpisany z niekłamaną przyjemnością czynił). Wtedy morale mieszkańców naszgo państwa nie są zbyt przychyle aktualnej władzy. Prowadzi to do masowych buntów, które są naprawde upierdliwe. Szczerze mówiąc, między innymi dzięki tej grze zrozumiałem, jak bolesnym wrzodem byliśmy na rzyci Rosji. Ba! nawet zacząłem współczuć carom, że muszą się z nami męczyć(choć trzeba to uznać za sprawiedliwość losu, w końcu wiedzieli w co się pakują. Inna sprawa, że początkowo Katarzyna II nie była przychylna zaborom).
16.Painkiller
Jedyna polska gra w tym zestawieniu. Pogromca Serious Sama.
Szczerze mówiąc ciężko mi powiedzieć cokolwiek odkrywczego o tym tytule, gdy nic odkrywczego w nim nie ma. Gra polega na mordowaniu hord wrogów, jednak jest w niej kilka naprawdę wspaniałych pomysłów.
Pierwsze pirmo: klimat.
Akcja Painkillera dzieje się w przedsionku piekła, trudno więc się dziwić, iż swych bojów nie będziemy toczyć na kwiecistych łąkach.
Nie jest to jednak tanie epatowanie mrokiem, jakże popularne ostatnim czasy(szczególnie wśród emo). Lkacje są oryginalne, nierzadko klimaty zachaczają o lekką psychodelę(vide mój ulubiony psychiatryk-choć w takiej lokacji trzeba się naprawde mocno postarać by nie była klimatyczna).
Drugie primo: bossowie.
Naszym zadaniem (prócz kreaturobójwsta oczywiście^^) jest dotarcie do Lucyfera i dosyć mocne wyłożenie mu naszych racji rakietnicą między oczy. Aby jednak nie było za łatwo Wielki Zły Szefu(nie mylić Małym Złym Ex-premierem ^^) wysyła rzecz(czwartą, a nawet wpół do piątej xD) swych sługusów. Ich rola w zasadzie ogranicza się do stwierdzenia mięso armatnie, aczkolwiek raz na jakiś czas przyjdzie nam zmierzyć się z jednym z najsilniejszych poddanych Złego.
Są oni pieruńsko silni, ogromni(co widać na zamieszczonym do tej gry screenie) i dosyć wredni. Naszym zadaniem jest odnalezienie słabego punktu tegoż bydlaka i wyprucie w niego ilość amunicji porównywalną z przeciętnym uzbrojeniem małego garnizmonu.
Ogólnie bossowie są potężnymi bydlakami, którzy, aż sie proszą by wypruć z nich ich demoniczną posokę, a to ogromny plus.
Ostatnie primo: bronie.
Kolesie z People Can Fly mają nieźle pomieszane w głowie. Najlepszym tego dowodem jest właśnie oręż jakiego używamy. Wprawdzie zdarzają się pojedyńcze typy "normalnej broni" to mają one pewne fajne włąściwości(np. minigun, który może strzelać jak rakietnica-jeeee^^). Jednak nic nie przebija dwóch śliczontek- tytułowego Painkillera, którym jest, bardzo mile rozcinająca wrogów piła(nazwa też w sumie pasuje, bo po kontakcie z nią niemożliwym jest, aby wróg odczuwał ból-lub cokolwiek innego), druga piękność to słynna kołkownica. Broń ta działa w zasadzie, jak shotgun, jednakże strzela kołkiem. Wierzcie mi ta teoretycznie kosmetyczna zmiana ma ogromny wpływ na wysoki poziom fajności Painkillera.
Każdy kto choć raz przybił wroga kołkiem do ściany, będzie wiedział, jaką moc ma ta broń, a reszta musi tego jak najszybcie spróbować.
Krótko mówiąc, jeśli miałaby być jedna rzecz, dla której warto Painkillera odpalić, to jest nią właśnie kołkownica.
Na tym kończę drugą część cyklu. Prosze was o komentarze, co do mojego stylu, jak i treści, no i podrzucajcie fajne filmy,muzykę, gry i komiksy, bo jestem na głodzie, a to w wakacje nie jest dobra rzecz.
To do następnego wpisu.
Kontunuujmy więc ten na cholerę komukolwiek potrzebny ranking, który, stwierdzając po ilości komentarzy do pierwszej części(a raczej ich braku), jest przez was normalnie ubóstwiany ^^.
18. Total Overdose
Jeśli szukacie, ambitnej fabuły, niejednoznacznych postaci i głębokich uczuć, to omijajcie ten tytuł szerokim łukiem.
W Total Overdose mamy do czynienia z bezmyślną jatką w najczystrzej postaci. By była jasność, jakaś tam fabuła podobno istnieje, ale szczerze mówiąc kogo ona obchodzi.
Ten tytuł oferuje nam wyczynianie możliwość wyczyniania takich akrobacji, że nie zdziwilibyśmy się, gdyby główny bohater okazał się nieślubnym dzieckiem Neo i Maxa Payne'a.
Ponadto z czasem(a dokładniej z każdą zebraną specjalną znadźką) nasz heros otrzymuje możliwość dzierżenia coraz to różniejszych broni w dwóch sztukach naraz(każda do jednej ręki). Dochodzą jeszcze specjalne wspomagacze, lub przyzywanie pomocników jak choćby facet przebrany w szkieleta z Bazooką - typowy strój na święto zmarłych w Ameryce Łacińskiej(niestety oficjalnie bez Bazooki).
Dodajmy jeszcze spory arsenał, jaki dzierży główny bohater i naprawdę wiele rzeczy robiących duże boom.
Całość umieśćmy w klimatach meksykańsko podobnych i już mamy ogónie wyobrażenie o Totalnym Przedawkowaniu.
Ta gra ma wielkie cojones!
17. Medieval: Total War
Zacznę od pewnego spostrzeżenia, na temat gier, a konkretniej ich tytułów. Czemu każdy ich człon jest pisany z wielkiej litery, ani to poprawne, ani wpływające na odbiór. Osobiście obstawiam, iż twórcy leczą w ten sposób swoje komleksy(wiecie: człon, wielka litera) ;-).
Co do powyższego tytułu. Jest to jedna z gier, z serii Total War, która pozwala nam wcielić się we Władcę Bardzo Złego I Silnego (lub trzecirzędnego władykę, ale nie czepiajmy się szczegółów), który toczy bitwy, wysyłając na rzeź kwiat rycerstwa(czytaj: tą nędzną hałastrę).
Ogólne rzecz ujmując, gracz wciela się w króla, lub innego shoguna(wszystko zależy od czasów i miejsca, w którym się toczy akcja danego tytułu z serii). Mamy za zadanie przekształcić nasze państwo w potęgę, zarówno gospodarczą, jak i militarną, czy terytorialną. W tymże celu wykorzystujemy wszelkie dostępne sposoby, takie jak choćby ożenki z właściwymi osobami, ale także zabójstwa.
Jak łatwo zauważyć, na drodze, do utworzenia naszego mocarstwa w Starym Świecie/Japonii/ na świecie, stoją inne państwa, a nie zawsze jest miło i nie wiedzieć czemu, nasi kochani sąsiedzi nie są zbyt skorzy do oddawania nam swych ziem. Taka sytuacja prowadzi do wybuchu wojen, a te się równoznacze z prowadzeniem tego, co tygrysy kochają najbardziej czyli bitew.
Ciekawym i nowatorskim pomysłem (jak na czasy pierwszego tytułu), było ukazanie oddadziału, jako grupy jednostek. Wierzcie mi niewiele rzeczy jest piękniejszych, od widoku garstki naszych dzielnych wojaków, goniących uciekające w panice jednostki wroga.
Kolejnym atutem gry jest wątpliwy walor edukacyjny, za jaki można uznać zrozumienie władców państw zaborczych (szczególnie cara). Otóż po zajęciu nowych ziem, wchodzących w skład naszego Najpotęzniejszego Imperium Wszechczasów, często wybuchają bunty. Sytuacja nie jest tragiczna, chyba, że postanawiamy zwiększać swój prestiż jedynie za pomocą bismarckowskiej koepcji krwi i żelaza(co wyżej podpisany z niekłamaną przyjemnością czynił). Wtedy morale mieszkańców naszgo państwa nie są zbyt przychyle aktualnej władzy. Prowadzi to do masowych buntów, które są naprawde upierdliwe. Szczerze mówiąc, między innymi dzięki tej grze zrozumiałem, jak bolesnym wrzodem byliśmy na rzyci Rosji. Ba! nawet zacząłem współczuć carom, że muszą się z nami męczyć(choć trzeba to uznać za sprawiedliwość losu, w końcu wiedzieli w co się pakują. Inna sprawa, że początkowo Katarzyna II nie była przychylna zaborom).
16.Painkiller
Jedyna polska gra w tym zestawieniu. Pogromca Serious Sama.
Szczerze mówiąc ciężko mi powiedzieć cokolwiek odkrywczego o tym tytule, gdy nic odkrywczego w nim nie ma. Gra polega na mordowaniu hord wrogów, jednak jest w niej kilka naprawdę wspaniałych pomysłów.
Pierwsze pirmo: klimat.
Akcja Painkillera dzieje się w przedsionku piekła, trudno więc się dziwić, iż swych bojów nie będziemy toczyć na kwiecistych łąkach.
Nie jest to jednak tanie epatowanie mrokiem, jakże popularne ostatnim czasy(szczególnie wśród emo). Lkacje są oryginalne, nierzadko klimaty zachaczają o lekką psychodelę(vide mój ulubiony psychiatryk-choć w takiej lokacji trzeba się naprawde mocno postarać by nie była klimatyczna).
Drugie primo: bossowie.
Naszym zadaniem (prócz kreaturobójwsta oczywiście^^) jest dotarcie do Lucyfera i dosyć mocne wyłożenie mu naszych racji rakietnicą między oczy. Aby jednak nie było za łatwo Wielki Zły Szefu(nie mylić Małym Złym Ex-premierem ^^) wysyła rzecz(czwartą, a nawet wpół do piątej xD) swych sługusów. Ich rola w zasadzie ogranicza się do stwierdzenia mięso armatnie, aczkolwiek raz na jakiś czas przyjdzie nam zmierzyć się z jednym z najsilniejszych poddanych Złego.
Są oni pieruńsko silni, ogromni(co widać na zamieszczonym do tej gry screenie) i dosyć wredni. Naszym zadaniem jest odnalezienie słabego punktu tegoż bydlaka i wyprucie w niego ilość amunicji porównywalną z przeciętnym uzbrojeniem małego garnizmonu.
Ogólnie bossowie są potężnymi bydlakami, którzy, aż sie proszą by wypruć z nich ich demoniczną posokę, a to ogromny plus.
Ostatnie primo: bronie.
Kolesie z People Can Fly mają nieźle pomieszane w głowie. Najlepszym tego dowodem jest właśnie oręż jakiego używamy. Wprawdzie zdarzają się pojedyńcze typy "normalnej broni" to mają one pewne fajne włąściwości(np. minigun, który może strzelać jak rakietnica-jeeee^^). Jednak nic nie przebija dwóch śliczontek- tytułowego Painkillera, którym jest, bardzo mile rozcinająca wrogów piła(nazwa też w sumie pasuje, bo po kontakcie z nią niemożliwym jest, aby wróg odczuwał ból-lub cokolwiek innego), druga piękność to słynna kołkownica. Broń ta działa w zasadzie, jak shotgun, jednakże strzela kołkiem. Wierzcie mi ta teoretycznie kosmetyczna zmiana ma ogromny wpływ na wysoki poziom fajności Painkillera.
Każdy kto choć raz przybił wroga kołkiem do ściany, będzie wiedział, jaką moc ma ta broń, a reszta musi tego jak najszybcie spróbować.
Krótko mówiąc, jeśli miałaby być jedna rzecz, dla której warto Painkillera odpalić, to jest nią właśnie kołkownica.
Na tym kończę drugą część cyklu. Prosze was o komentarze, co do mojego stylu, jak i treści, no i podrzucajcie fajne filmy,muzykę, gry i komiksy, bo jestem na głodzie, a to w wakacje nie jest dobra rzecz.
To do następnego wpisu.
niedziela, 19 czerwca 2011
Gi mi som kukis !!!!!!!!!!!!!! xD
Yo ludzia!
Wreszcie net mi naprawili i google nie włączają się minutę(lub nawet dłużej), no i postanowiłem was nakarmić kolejną porcją mych tekstów. Mam nadzieję, że wynagrodzi wam ona tą długą przerwę, a także pozwoli mi się znów wkręcić w wir pisania.
Od razu mówię, iż w lipcu i sierpniu nie maci tu po co wchodzić, bo będę całymi dniami powtarzał jak peon z Warcrafta 3 "Work, work. More work?"(tak, w tym momencie autor bloga chciał dowodnić swe lingwistyczne talenty i czyni to w jeden z najbardziej prostackich sposobów ever ^^).
Ale wracając do tematu wpisów, to na pewno uświadczycie kolejną część waszego ukochanego, sadząc po ilości komentarzy(a konkretniej ich braku^^), cyklu, czyli black jack. Trafi się pewnie znów recenzja jakiegoś filmu, a może również naskrobię coś na temat książek.
Co do książek to wreszcie zacząłem je czytać w sensownych dla mnie ilościach, tzn. od połowy maja, czyli moich faktycznych wakacji przeczytałem już 7 pozycji, więc plan przeczytania 30 książek do końca roku jest coraz bardziej realistyczny, co mnie bardzo cieszy.
Przy temacie książek będąc, warto wspomnieć o podręczniku do Neuroshimy, który mi niedawno doszedł. Nie jest to może książka w typowym tego słowa znaczeniu, bynajmniej podręcznikom do RPG-ów, chyba najbliżej, właśnie do tych papierowych tworów. Na wasze szczęście nie mam zamiaru robić z tego wpisu serii ochów i achów na jej temat. Powiem tylko tyle, iż podręcznik jest genialny i rozważam robienie z nim wielu niemoralnych rzeczy, których tu w trosce o wasze dobro nie opiszę;-).
Nie pisałem tu nie tylko z powodu zaczytania i pieruńsko wolnego neta, lecz także z przyczyn osobistych.
Ostatnio miewam dosyć nieciekawy okres, który można krótko podsumować zebraniem większości kryzysów naraz. Ogólnie sytuacja się powoli normuje, choć dwa (te najmocniejsze) mi ostały: kryzys twórycz(zabawna sprawa, bo w moich własnych oczach, na miano twórcy jeszcze nie zasłużyłem, droga przede mną jest długa i ciężka, oraz kryzys wieku średniego, będący moim niestety wiernym towarzyszem od naprawdę długiego czasu, który występując w tym wieku tworzy ciekawą anomalię.
Jakby mnie czytał jakiś student psychologii i potrzebował jakiegoś ciekawego przyadku, do magisterki to służę adresem i numerem^^.
By było jednak jasne, takie tematy jak ten powyżej będą miały tu miejsce nadzwyczaj rzadko. W końcu nie chcę, by to królestwo nie stało się miejscem moich wyżalań (za które uważam mojego starego fbl-a). No chyba, że chcecie, bo przecież vox populi, vox Dei.
I tym , jakże miłym akcentem kończę ten wpis i moją długawą przerwę.
Do następnego wpisu i komentujta!!!!!!!!!!!!!!
Wreszcie net mi naprawili i google nie włączają się minutę(lub nawet dłużej), no i postanowiłem was nakarmić kolejną porcją mych tekstów. Mam nadzieję, że wynagrodzi wam ona tą długą przerwę, a także pozwoli mi się znów wkręcić w wir pisania.
Od razu mówię, iż w lipcu i sierpniu nie maci tu po co wchodzić, bo będę całymi dniami powtarzał jak peon z Warcrafta 3 "Work, work. More work?"(tak, w tym momencie autor bloga chciał dowodnić swe lingwistyczne talenty i czyni to w jeden z najbardziej prostackich sposobów ever ^^).
Ale wracając do tematu wpisów, to na pewno uświadczycie kolejną część waszego ukochanego, sadząc po ilości komentarzy(a konkretniej ich braku^^), cyklu, czyli black jack. Trafi się pewnie znów recenzja jakiegoś filmu, a może również naskrobię coś na temat książek.
Co do książek to wreszcie zacząłem je czytać w sensownych dla mnie ilościach, tzn. od połowy maja, czyli moich faktycznych wakacji przeczytałem już 7 pozycji, więc plan przeczytania 30 książek do końca roku jest coraz bardziej realistyczny, co mnie bardzo cieszy.
Przy temacie książek będąc, warto wspomnieć o podręczniku do Neuroshimy, który mi niedawno doszedł. Nie jest to może książka w typowym tego słowa znaczeniu, bynajmniej podręcznikom do RPG-ów, chyba najbliżej, właśnie do tych papierowych tworów. Na wasze szczęście nie mam zamiaru robić z tego wpisu serii ochów i achów na jej temat. Powiem tylko tyle, iż podręcznik jest genialny i rozważam robienie z nim wielu niemoralnych rzeczy, których tu w trosce o wasze dobro nie opiszę;-).
Nie pisałem tu nie tylko z powodu zaczytania i pieruńsko wolnego neta, lecz także z przyczyn osobistych.
Ostatnio miewam dosyć nieciekawy okres, który można krótko podsumować zebraniem większości kryzysów naraz. Ogólnie sytuacja się powoli normuje, choć dwa (te najmocniejsze) mi ostały: kryzys twórycz(zabawna sprawa, bo w moich własnych oczach, na miano twórcy jeszcze nie zasłużyłem, droga przede mną jest długa i ciężka, oraz kryzys wieku średniego, będący moim niestety wiernym towarzyszem od naprawdę długiego czasu, który występując w tym wieku tworzy ciekawą anomalię.
Jakby mnie czytał jakiś student psychologii i potrzebował jakiegoś ciekawego przyadku, do magisterki to służę adresem i numerem^^.
By było jednak jasne, takie tematy jak ten powyżej będą miały tu miejsce nadzwyczaj rzadko. W końcu nie chcę, by to królestwo nie stało się miejscem moich wyżalań (za które uważam mojego starego fbl-a). No chyba, że chcecie, bo przecież vox populi, vox Dei.
I tym , jakże miłym akcentem kończę ten wpis i moją długawą przerwę.
Do następnego wpisu i komentujta!!!!!!!!!!!!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






