sobota, 12 stycznia 2013

Falkon 2012

23-25 listopada odbyła się trzynasta edycja lubelskiego konwentu fantastyki Falkon. Tematem przewodnim była postać czarnego kota Licho, który - zgodnie z numerem edycji - miał przynosić pecha imprezie.
Aby nie trzymać was dłużej w niepewności od razu powiem, że zwierzak spisał się na medal. Niestety.

Tegoroczny Falkon odbył się na Targach Lublin i szkole naprzeciwko - zapewne wpłynęła na to zbyt wysoka kwota wymagana od dotychczasowego gospodarza, Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji; informacja ta nie jest pewna, jednak liczne głosy tak właśnie argumentowały brak tegorocznej edycji Nejiro, drugiego konwentu organizowanego przez lubelską Cytadelę Syriusza.
Nowe miejsce - niestety - wpłynęło negatywnie na całość konwentu: już na samym początku fani zostali negatywnie zaskoczeni ceną - bilet na 3 dni kosztował bowiem 40 złotych, a więc tyle samo, co poprzednia, czterodniowa edycja.
Ponadto, samo rozmieszczenie atrakcji było niewygodne - większość paneli odbywała się w szkole po drugiej stronie ulicy. Niestety, przejście dla pieszych było nieco oddalone od wejścia na Targi, przez co wiele osób przechodziło ulicę na przełaj, aby zaoszczędzić kilka minut. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale wypadek był bardzo prawdopodobny.

Nie byłoby to jednak na tyle poważną wadą, gdyby rekompensowałby ją sam program imprezy. Ten, niestety, również zawiódł - najciekawsze punkty się pokrywały, przez co wiele osób (w tym ja) musiało często rezygnować z co ciekawszych paneli i konkursów na rzecz innych. Co gorsza: większość programu była albo nieciekawa, albo niedopracowana. Praktycznie poziom utrzymały „pewniaki” takie jak MasterMind, czy LansMacabre, oraz twórcy konkursów z wiedzy o Warhammerze i systemach RPG (choć są to moi dobrzy znajomi, więc pewnie na moja ocenę w jakiś sposób wpływają prywatne relacje), dlatego mimo pozornego ogromu atrakcji wiele godzin spędzało się na spotkaniach z przyjaciółmi lub bezcelowym szwendaniu.
Z tą opinią zgadzało się wielu uczestników imprezy, potwierdzały ją również tłumy oblegające halę przeznaczoną na gry planszowe i karciane. Swoją drogą nigdy na Falkonie nie zostało oddane aż tyle miejsca na wspomniane gry, jednak mimo tego wiele osób miało problem ze znalezieniem pustego stolika.

Licho szczególnie się postarało jeśli chodzi o spotkania z pisarzami - Jakub Ćwiek nie przybył na konwent, natomiast spotkanie z Andriejem Diakonem, mimo efektownego wejścia, okazało się być nadzwyczaj nudne - winę za to ponosiła tłumaczka, która w naprawdę nieciekawym stylu tłumaczyła wypowiedzi pisarza, a nawet osoby nieznające rosyjskiego słyszały, iż Andriej mówi i wiele więcej, i ciekawiej.

Jak na razie wpis ten składa się wyłącznie z narzekań, lecz czy nie było więc jakichkolwiek zalet? Było i to wiele!
Pozostali pisarze stanęli na wysokości zadania, nawet nie za ciekawe panele i konkursy dawały mnóstwo frajdy. Jest to jednak zasługa wspaniałych uczestników, którzy napełnili Falkon niesamowitą ilością pozytywnej energii, za co zresztą w tym miejscu chciałbym im serdecznie podziękować.

Falkon nie spełnił więc pokładanych w nim nadziei mimo, iż nie były one wygórowane, jednak z drugiej strony dał mi i wielu innym uczestnikom mnóstwo zabawy, a przecież o to chodzi w konwentach.

P.S.1 Dziękuję wszystkim, z którymi spędziłem czas i których poznałem na tegorocznym Falkonie - byliście wspaniali! Mam nadzieję, że spotkamy się za rok (albo i wcześniej).
P.S.2 Nauczyć Jarosława Grzędowicza własnego systemu palenia papierosów i przejrzenie 4. tomu Pana Lodowego Ogrodu przed premierą - bezcenne.

czwartek, 10 stycznia 2013

Sprawy organizacyjne

Jak nietrudno zauważyć nic na blogu nie opublikowałem od ponad miesiąca. Przyczyna jest ta sama co zawsze – brak Internetu.

Chciałbym tu napisać, że postaram się jak najszybciej wrzucić tu kilka wpisów, aby zrekompensować wam długi brak aktywności. Niestety nie mogę tego zrobić z bardzo prozaicznego powodu.
Jak zapewne wiecie w styczniu studencka brać (w tym i niżej podpisany) przeżywa katusze zwane sesją. Zżera to mnóstwo czasu, więc równoczesne prowadzenie bloga staje się delikatnie mówiąc dyskomfortowe.
Ponadto jestem człowiekiem oddającym się wielu czynnościom naraz. Nie będzie więc zaskoczeniem, że do wcale niemałego pakietu doszła nowa, mianowicie próbuję napisać kilka scenariuszy. Na razie nie podaję jakichkolwiek szczegółów, bo niczego nie mogę zagwarantować.

Wracając jednak do zagadnień administracyjnych, mam już mniej więcej poukładany w głowie plan na styczeń.
Na pewno możecie się na dniach spodziewać relacji z Falkonu, która od dłuższego czasu ma się dobrze na moim dysku. Ponadto do końca przyszłego tygodnia pragnę napisać co nieco o WOŚP-ie i podzielić się wrażeniami z Hobbita.
Ponadto myślę o rozpoczęciu pewnego cyklu, w którym co miesiąc będę w formie minirecenzji przedstawiać wam to, co obejrzałem, przeczytałem, czy też przesłuchałem. Od razu zaznaczam, że nie będą to tylko nowości. Powiem więcej, jeśli chodzi o książki, komiksy i muzykę, prawie na pewno NIE będą to nowości.
Niemniej jeśli uda mi się złapać coś świeższego, chętnie podzielę się z wami opinią na ten temat.
W styczniu powinienem opublikować jeszcze jakiś opis serii Marvel Zombies, a także podzielić się z wami rozważaniami na pewien temat, bo strasznie dawno nie pisałem czegoś w tym stylu.

Mam nadzieję, że po egzaminach lepiej zorganizuję swój czas i poważnie popracuję , nad jakością wpisów na tymże blogu, oraz jego stroną wizualną. Życzę wam i sobie, aby ten blog był coraz lepszy.

P.S. Napiszcie co sądzicie o idei nowego cyklu i podzielcie się opiniami na temat bloga. Bardzo mi one pomogą obrać konkretną ścieżkę rozwoju.
W końcu każde królestwo powinno dbać o poddanych ;-)

poniedziałek, 26 listopada 2012

Są ludzie

Wpis ten dedykuję Wojtkowi, który prawdopodobnie nie ma pojęcia o istnieniu tego bloga (może to i lepiej).

Są ludzie, którzy żyją we własnym świecie. Z całego serca oddają się swojej pasji. Robią dla niej wszystko. Staje się ona całym ich światem.
Są ludzie, którzy zrywają kajdany codzienności. Nie wpadają w monotonię. Potrafią żyć na przekór wszystkim. Odrzucą oni typowy styl życia.
Są ludzie, którzy delektują się każdą chwilą. Doceniają ją i w pełni wykorzystują.

Oby takich ludzi było jak najwięcej, bo właśnie pasjonaci zmieniają ten świat na lepsze. To właśnie oni pokazują co w życiu jest naprawdę ważne. Są bowiem w stanie całkiem oddać się ukochanej pasji i żyć z niej, jednocześnie nie pozwalając na zamknięcie się w klatce korporacji.

To prawdziwa wolność i ci ludzie w pełni zasługują na miano prawdziwych artystów. Miejmy nadzieję, że tacy zawsze będą się pojawiać.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Wampiry, a sprawa polska.

Współczesne media są niezwykle wartościowe i przekazują nam ogromne pokłady jakże przydatnej w życiu wiedzy. Ot choćby taki TVN, który właśnie przekazał swym widzom informacje o wampirach.
Otóż okazuje się, że brak polskich wampirów jest logiczny, bowiem chroni nas najskuteczniejsza grupa na świecie. Rzesze młodych ludzi w charakterystycznym trój-pasiastym mundurze czuwają i dokładnie patrolują cmentarze w celu uprzykrzania (nie)życia krwiopijcom. Co prawda zdarza im się pokazać swój potencjał bojowy na niewinnych osobach, które znalazły się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze, ale czego się nie robi dla dobra ogółu.
Niech was to jednak nie zmyli, bo wróg czuwa. Wampiry wywołują tak duży strach między innymi przez swoją umiejętność kamuflażu. Jesteśmy bowiem w Unii Europejskiej i czy kogoś w dzisiejszych czasach byłby w stanie zaskoczyć osobnik płci męskiej z pomalowaną na biało twarzą, czarnymi paznokciami, który dodatkowo syczy podczas spożywania kawałka szynki? Cóż, co kraj to obyczaj. Nikt bowiem nie jest w stanie stwierdzić, że ów przybysz nie jest turystą z Atlantydy czy innej Utopii?
Na nasze szczęście wyżej wymienione oddziały są czujne i wszelkie odstępstwo od normy tępią szybko i skutecznie.
Załóżmy jednak, że nasz kolega z nieco przydługimi kłami jakimś cudem się uchował i ma się dobrze. Nauka płynąca z kinematografii i literatury radzi aby w takich wypadkach zgłosić się do kogoś, którego całym życiem są zjawiska paranormalne, a więc duchownego. Niestety ci wprawdzie posiadają nadnaturalne zdolności, ale ograniczają się one do odchudzania portfela bliźniego. Trzeba jednak przyznać, że w tej materii osiągnęli mistrzostwo.
No, ale co nie zabije naszego potwora, zapewne go wzmocni, a jakoś z nim trzeba walczyć. W tym momencie przychodzi nam z pomocą nieoceniony niszczyciel wszelkich pomiotów diabelskich i dobrej muzyki – Justin Bieber!!!!
Ta nieco przygłupia (na co wskazuje średnia ilość słów użytych w jej piosenkach) dziewczynka potrafi skutecznie wypleniać demoniczne zapędy u naszego milusińskiego. Wprawdzie w efekcie ubocznym orientacja seksualna naszego byłego wampira zostaje zmieniona, no ale co najważniejsze zło zostało pokonane. Warto wspomnieć, iż amerykańscy naukowcy chcieli zbadać ten fenomen, ale niestety musieli zaprzestać badań z powodu braku chętnych. W końcu krwiopijcy mają swoją godność.


A tak na poważnie to ludzie nie rozprzestrzeniajcie fragmentów z „Dlaczego ja” i pochodnych. Nam to się wydaje śmieszne, ale w gruncie rzeczy to robimy reklamę tej szmirze. Jest to o tyle złe, że niektórzy starsi ludzie traktują te programy całkiem serio (wiem o tym z własnych obserwacji) i to tylko pogłębia niezrozumienie na linii pokoleń. Ktoś może się uśmiechnąć pobłażliwie na te słowa, ale sami wyobrażamy sobie np. dawne epoki, czy odległe kraje tak, jak nam to przedstawiono. Jest to całkiem normalne, bo przeciętny Kowalski nie ma wiedzy w tej dziedzinie.
Starajmy się więc nie polegać takiej manipulacji i nie pomagajmy w manipulowaniu innymi.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Ostatni wykład

Kilka dni temu obchodziliśmy święto zmarłych. Zapalaliśmy znicze i marzliśmy na cmentarzach przed grobami bliskich. W takich okolicznościach ludzie często zaczynają rozmyślać o śmierci, przemijaniu i innych równie ciężkich tematach. Warto jednak spojrzeć na to również z nieco innej perspektywy.
25 lipca 2008 roku zmarł Randy Pausch. Zapewne byłby on jednym z wielu wykładowców, którzy opuścili ziemski padół, gdyby nie jego ostatni wykład. Mimo iż pozostało mu zaledwie kilka miesięcy życia, postanowił opowiedzieć o spełnianiu swoich marzeń. W rezultacie otrzymaliśmy półtoragodzinną mowę przepełnioną wspaniałymi złotymi myślami i niosącą ogromny ładunek pozytywnej energii.
Obejrzenie jej pozwala zmienić podejście do śmierci. Skoro jest ona nieunikniona to nie powinniśmy się jej bać. Potraktujmy ją raczej jako zwieńczenie wspaniałego życia.
Również pamięć o przemijaniu nie jest taka zła, jeśli będziemy z niej czerpać motywacje do jak najlepszego spędzenia życia. Nie bez przyczyny bowiem Tayler Dureden w „Fight Clubie” mówił „this is your life, and it's ending one minute at the time”.

http://www.youtube.com/watch?v=FY1vz5b_aXE

Powyżej zamieszczam link do tego wspaniałego wykładu i polecam każdemu zapoznać się z nim.

P.S. Święta i powrót do Lublina nieco mnie wybiły z rytmu, dlatego ta notka jest opublikowana z opóźnieniem. Niemniej cykl weekendowy wciąż pozostaje aktualny.
Dlatego w ramach wynagrodzenia możecie się spodziewać za kilka dni kolejnego wpisu.

piątek, 26 października 2012

O blogu, w blogu, w ramach bloga.

Pisanie bloga to strasznie niewdzięczne zajęcie. Człek musi się produkować by zaspokajać potrzeby pięknych umysłów i … Stop!
Te wątpliwej urody (a raczej niewątpliwej brzydoty) rozumki i tak tego nie kupią. Jeśli człowiek nie pisze rozrywkowo (czytaj: nie robi z siebie błazna), lub nie porusza takich ważnych tematów, jak porównanie tuszów do rzęs, praktycznie nie ma szans na zaistnienie w szerszej świadomości.
I jeśli osoba pisząca mówi, że jej na tym nie zależy, zwyczajnie kłamie. Pewne wyjątkowo naiwne/pyszne/żyjące marzeniami (niepotrzebne skreślić) jednostki idą o krok dalej. Aspirują oni bowiem do statusu co najmniej nowych wieszczy narodowych, których dzieła należałoby uznać za epopeje i tłumy winny przed nimi klękać.
Również samo pisanie bloga nastręcza człowiekowi problemów. O czymś bowiem trzeba pisać, a nikt nie chce czytać, że autor jadł kanapkę z dżemem (jeśli prowadzisz fotoblog i jesteś ładna/łatwa/na zdjęciach widać cycki ten argument może ci się wydać nieco dziwny). Niestety nasz mały „tfurca” nie ma w zwyczaju codziennie uczestniczyć w jakimś wyjątkowo ciekawym lub spektakularnym wydarzeniu. A szkoda, bo ciekawie by brzmiały notki osoby znudzonej takowymi.
Załóżmy jednak, że nasze „internetowe literackie objawienie” zasiadło do pisania. Nachodzi wtedy euforia. Bloger złapał samego Boga za nogi i tworzy. Tworzy wpis niebanalny i poruszający. Czy coś może pójść nie po myśli autora? Ano może.
Słowa początkowo tak wspaniale spływające do notatnika pojawiają się coraz rzadziej. Zdania nie chcą przekazywać pożądanej treści. Siły i wena już dawno gdzieś zniknęły, a co najgorsze herbata jest zimna. Niestety trzeba trzymać się ustalonych terminów, które wciąż zbliżają nieubłaganie się.
Można wprawdzie zignorować czytelników i pisać gdy się chce i o czym się chce. Takowy autor chętnie uznaje to za przejaw swej artystycznej duszy, która nie pozwala mu poddawać się takim błahym sprawom, jak terminy. W rzeczywistości mamy jednak do czynienia ze zwykłym leniem i bucem. Swoją drogą sam niestety jestem takowym, no ale po to są złe nawyki, aby było co zwalczać.
Załóżmy jednak, że postanawiamy podjąć heroiczny bój z własnymi słabościami i piszemy. Idzie nam to nad wyraz opornie, ale się nie poddajemy i słowa powoli rozwijają treść naszej notki. Zdania powstają w ogromnych bólach, ale powstają i w końcu kończymy. Zadowoleni z dobrze wykonanego obowiązku czytamy powstałe dziełko w celu korekty.
Zapewne myślicie, że po tych poprawkach tekst jest gotowy i autor szczęśliwy. A dupa! (Swoją drogą miło klnąć na blogu, szczególnie, że nie jest on adresowany dla dorosłych :-) ).
W czasie lektury orientujemy się bowiem, iż cała notka nie ma sensu. Treść, którą miała przekazać, gdzieś uleciała, a całość przypomina miernie sklecony stek bzdur.
Nie ma jednak czasu, ni sił, aby to poprawiać. Wrzucamy więc naszą parodię interesującej notki na bloga i niech się dzieje wola nieba.
Czy nie można jednak czegoś z tym zrobić? Ano można i najlepszym wyjściem jest bliski kontakt z najlepszym przyjacielem człowieka, a w szczególności artysty, mianowicie pół litrem wódki. Niestety nasz kompan jak na towarzysza niedoli przystało nie pociesza nas za darmo. Cena jest dosyć wysoka i każdy musi sam wykalkulować sobie opłacalność tej znajomości.
Można też ulżyć swej duszy i rzucić w czorty tą grafomanię, a czas jej poświęcony przeznaczyć na jakieś konstruktywne hobby np. sklejanie modeli. Rozwinie to naszą cierpliwość, uspokoi nas i świat zyska kilka ładnych modeli.
Gwoli informacji sam wybrałem trzecią, najbardziej paskudną drogę. Otóż nie mam zamiaru na razie kończyć pisania (co gorsza na trzeźwo) i jeszcze długo będziecie musieli znosić moje wypociny. No, ale to już wasz problem a nie mój. :-)


P.S. Kto by pomyślał, że spontaniczne spisanie bzdurnych myśli w rytm disco-polo puszczanego w mieszkaniu nade mną może być tak przyjemne. :-)

niedziela, 21 października 2012

Niech mi ktoś wyjaśni

Rozumiem, że nie każdy się zachwyca Dostojewskim, czy Lemem. „Ulisses” i „Mistrz i Małgorzata” nie należą do książek, które czytamy do poduszki, lub podczas jazdy autobusem.
Te i wiele innych to pozycje będące przeciwieństwem stwierdzenia „łatwe, proste i przyjemne”. To zrozumiałe, że większość ludzi po nie nie sięga.
Niech mi ktoś jednak wytłumaczy, czemu książki operujące biednym językiem, opisujące bohaterów płaskich, niczym kawałek kartonu, się tak dobrze sprzedają.


Mówię o cyklu „Zmierzch” i książce „Piędziesięciu twarzach Greya” (która zresztą wywodzi się z fan-fica opisującego wydarzenia ze świata błyszczącego wampira).
Żeby ich fenomen był ciekawszy swą sprzedaż zawdzięczają one targetowi niespecjalnie gustującego w literaturze, a mianowicie nastolatek i kur domowych.
Jeśli się jednak temu bliżej przyjrzeć to wszystko jest logiczne. Owe dziewczyny i kobiety sięgają przede wszystkim po harlequiny, aby poczytać o wspaniałych romansach, których one nie uświadczą w rzeczywistości. Biorą więc tytuły znane i z braku „czytelniczego wyrobienia” kupują słabe pozycje.


Dlatego mam prośbę do wszystkich. Czytajcie i kupujcie dobre książki!!! Nie muszą być stadium ludzkiej psychiki, nie muszą zmieniać waszego światopoglądu. Niech mają pewną wartość, choćby rozrywkową.
Tylko tyle i aż tyle wystarczy, aby rynek wydawniczy książek, a więc część naszej kultury, nie zalewał nas produktami miernymi.