sobota, 28 stycznia 2012

ACTA, co i jak robić w tej sprawie?

Hej!

Wreszcie mam za sobą sesję i mogę wrócić do pisania na tymże blogu.

Tytuł wyraźnie wskazuje o czym będę dziś pisać. Na wstępie zaznaczę, iż miałem opory przed pisaniem na ten temat. Wynikały one zarówno z popularności samego tematu, przez co jestem w zasadziepewny, iż nic nowego o ACTA nie przeczytacie. W końcu ileż można wałkować jeden i ten sam temat? Ponadto, ten temat jest tak popularny, iż pozwoliłby w znaczny sposób upowszechnić mego bloga, jednakże chcę być wobec was uczciwy, stąd też moje obawy o odebranie tego wpisu, jako swego rodzaju internetowego populizmu.
Jednak jak widzicie poruszam ten temat. Czynię to, by pokazać swój sprzeciw wobec ACTA. Uważam to niejako za mój obowiązek. Jestem w końcu może i niezbyt poczytnym, ale blogerem, który dzieli się ze światem swą twórczością właśnie przez internet.
Dobra, kończę ten nieco przydługi wstęp i przechodzą do sedna.

Zacznijmy od najważniejszego, mianowicie jestem z całego serca PRZECIWNY ACTA.

Często na różnych forach wypowiadam się sceptycznie, bądź opozycyjnie wobec wszelkich "bojowników", robię to, aby poruszyć ważny problem, jakim jest sposób wyrażania swego sprzeciwu wobec tego projektu.
Rozumiem, iż ludzi ponoszą nerwy, ale szczerze mi powiedzcie, co można zdziałać za pomocą wulgarnych haseł, gdy mówimy o sprzeciwie wobec aktu prawnego? Otóż nic!
Myślicie, że jakakolwiek władza będzie traktowała jak równego sobie, hordę prostaków? Tutaj walka toczy się o naprawdę wysoką stawkę, a taki prostacki sprzeciw daje efekt odwrotny do zamierzonego. To przez takie zachowanie pozostałe media otrzymują sporą dawkę materiałów, ukazujących nas w naprawdę złym świetle. Nie chodzi tu tylko o władzę, lecz również, a może i bardziej o osoby tematem niezainteresowne, bądź nieposiadające jakichkolwiek informacji na ten temat. To właśnie ci ludzie mogą dopuścić do naszej porażki, lub sukcesu, ale o tym później.
Nie wolno także spłycać problemu do faktu piractwa, bo ono i tak będzie istnieć. W końcu przypomnijmy sobie lata 90. w Polsce, gdzie dostęp internetu był naprawdę rzadki, a i jego prędkość była daleka,w stosunku do tego co mamy obcenie. Wtedy przecież też istniało piractwo, najlepszym przkyładem były słynne stragany z grami na różnego rodzaju targowiskach. Tak więc piractwo i tak jakoś przetrwa, a czy nie lepiej walczyć o jakieś wyższe ideały, niż darmowe seriale na internecie?
Uważajcie również w samym internecie. Rozumiem, iż chętnie dołączacie do licznych grup przeciwnych ACTA, które powstały na facebooku. To dobrze ukazuje skalę problemu i pozwala czerpać siły do dalszych protestów z liczby osób popierających ów sprzeciw. Sam zresztą należę do kilku takowych. Jednak nie należy się rozpędzać i trzeba wykazać wielką ostrożność  w doborze takowych grup.
Wiele z tych grup, które powstały na "fejsie" dotyczących ACTA, ale nie tylko jest dla ich twórców skuteczną fabryczką pieniędzy. Otóż sprzedają oni takie strony, a pośrednio i nasze dane, jakie właściciel tejże grupy uzyskuje, gdy do niej dołączymy. Dla kupującego natomiast nie ma znaczenia, czego dotyczy dana grupa, ważne jest by ją polubiła jak największa rzesza ludzi.
Kolejną istotną sprawą są Anonymous. Otóż nie bądźmy aż tak skorzy do popierania ich działań, bo oni de facto są cyberterrorystami. Cóż z tego, iż teoretycznie walczą po naszej stronie, skoro oni w zasadzie szkodzą sprawie. W końcu jaki rząd negocjuje z terrorystami? Ponadto ich szantaż znacznie obniża wiarygodność protestujących, dając zwolennikom ACTA naprawdę mocne argumenty do rąk.
Nie zapomniajmy, że Anonimowi nie są wcale tacy święci. Najlepszym na to dowodem, był ich atak na PSN, gdy Sony skazało osobę, która złamała zabezpieczenia PS3.

Cóż więc należy robić? Przede wszystkim nie odpuszczać! Wciąż są nam potrzebne manifestacje i wciąż należy wysyłać listy do posłów. Róbmy to jednak kulturalnie i bez wulgaryzmów. Ponadto najważniejsze jest, aby cały czas było głośno o naszym proteście i żebyśmy się ukazywali w dobrym świetle.

Co do zapisów do referndum to naprawdę dobra rzecz, jednakże nie bądźmy hurraoptymistami. Samo zarządzenie takowego nie oznacza, iż zmienimy prawo, bo do tego potrzeba nam poparcia ludzi "spoza" internetu, aczkolwiek sam pomysł jest ze wszech miar pozytywny.

Oby się nam udało!!!

sobota, 7 stycznia 2012

Black Jack część ostatnia

Hej!

Na wstępie chcę was przeprosić za moją długą nieobecność. Była ona spowodowana nawałem nauki, brakiem sił, bądź weny, a najczęściej wszystkimi naraz.
Niestety nie mogę obiecać natychmiastowej poprawy, bo jestem wręcz pewien, iż styczeń też będzie ubogi w notki z powodu sesji.

Jak nietrudno zauważyć żyjemy już w słynnym roku 2012.
Cóż wypadałoby wykazać się kompletnym brakiem oryginalności i podsumować ubiegły rok. Szczerze mówiąc, o wiele bardziej pasjonującym tematem wydaje mi się opisywanie aktualnej pogody.
Dlatergo też napiszę notkę na zupełnie inny temat. :-)


Z wyżej wymieniony powodów wpis będzie niejako pójściem na łatwizję, jak i uporządkowanie zaległych spraw. Szykujcie się więc na podium mojego growego rankingu.

3. Deus Ex




Deus Ex to tytuł nietuzinkowy. Już w czasie swej premiery był wspaniałym połączeniem RPG-a z FPS-em. W zasadzie do dziś pierwszą część tego wspaniałego cyklu, wraz z System Shockiem 2 uważa się za najlepszy miks tych gatunków.

Powyższy tytuł pozytywnie zaskakiwał nie tylko na tym polu. Do dziś nie powstała lepsza gra osadzona w cyberpunkowych klimatach (nie wypowiadam się o Deus Ex: Human Revolution bo w nią jeszcze nie grałem, więc nawet jeśli przegrywa to porównanie, to wciąż zajmuje wysokie drugie miejsce).
Na uwagę zasługuje również muzyka. Choć grafika z wiadomych powodów się zestarzała (w końcu 12 lat w tej branży to niemal prehistoria), nie można tego powiedzieć o oprawie audio. W grze słyszymy ciekawą mieszankę różnych gatunków ze znakomitą przewagą elektroniki. Jednak pasuje ona idealnie do tego zdegenerowanego, przesiąkniętego cyborgizacją świata.
Dodajmy do tego niekiedy naprawdę trudne wybory moralne, ciekawą fabułę, ocierającą najpopularniejsze teorie spiskowe i niesamowity klimat, a otrzymamy grę marzenie. Taki właśnie tytułem jest Deus Ex. To nie tylko rozrywka, ale również przeżycie, którego każdy powinien zaznać.

2.Unreal

Budzisz się na pokładzie zniszonego statku kosmicznego, którym podróżowałeś. Szybko jednak, odrzucasz uczucie zdezorienotowania, bo (jak nietrudno się było tego spodziewać) okoliczne stworzenia w znacznej większości są niezbyt przyjaźnie do ciebie nastawione. Nie pozostaje więc nic innego, niż zacząć walkę o przetrwanie. 

Po kilku godzinach opuszczasz klaustrofogiczne korytarze swego statku i masz okazję ujrzeć wspaniałą Na Pali w całej okazałości. Planeta ta przypomina raj i wszystko byłoby piękne gdyby nie Skaarje, które zniewoliły mieszkańców tego cudnego świata. Smaczku dodaje proroctwo wskazujące na wyzwoliciela, który przybędzie z nieba. Cóż więc chwytamy karabin w dłoń i szykujemy się do walki.
Przeciwnicy są bardzo różnorodni. Są wśród nich mniej lub bardziej ciekawe istoty, jednak warto dokładniej opisać okupantów.
Skaarje to prawdopodobnie najwspanialsi przeciwnicy w historii gier komputerowych. Są oni diablenie szybcy, zwinni i agresywni, iż gracz pozostaje obdarty ze złudzeń, że to on jest zwierzyną. Ponadto dysponują oni bardzo wysoką inteligencją, która objawia się w unikaniu naszych pocisków (tak, iż bez odpowiedniej taktyki nie da się ich odstrzelić z rakietnicy), czy wypuszczaniu pocisków, nie w miejsce gdzie stoimy, lecz trochę na bok, w kierunku, gdzie zazwyczaj odskakujemy. Powoduje to, iż sami niejako wbiegamy w pociski, gdy w pełnym biegu prowadzimy wymianę ognia. Przypominam, że Unreala wydano w 1998. roku.
Jak widać mamy do czynienia z perfekcyjnymi drapieżnikami i każdy nasz pojedynek stanowi spore wyzwanie. Warto też wspomnieć o ich ryku, który pierwszy raz usłyszany nie pozwoli o sobie zapomnieć naprawdę na długo.
Na osobny akapit zasługuje też muzyka. Stworzył ją ten sam człowiek, który odpowiada za ścieżkę dźwiękową opisanego powyżej Deus Exa. Kawałki, które towarzyszą naszej podróży po Na Pali są w moim przkonaniu jednymi z najwspanialszych, które kiedykolwiek słyszałem. Mimo kilku lat od ostatniej gry w Unreala, wciąż średnio co miesiąc przypomniam sobie te wspaniałe dźwięki, które tworzą w mej głowie mnóstwo przepięknych obrazów.
Wszystko to składa się na potężny klimat emanujący od Unreala, dzięki czemu urasta on do rangi swego rodzaju przeżyć.
Niestety tytuł ten, nie bójmy się tego powiedzieć, dziś wygląda brzydko. Mimo wszystko jednak warto go poznać, bo ci, którzy zniosą ją otrzymają wzamian nierealną (zgodnie zresztą z tytułem) podróż, którą zapamiętają na długo.

And the winner is:

1. Heroes of Might and Magic 3

Szczerze mówiąc kogoś to zaskoczyło? Mówimy w końcu o grze, którą doskone zna mnóstwo osób. Ten tytuł ukochali zarówno zwolennicy strategii, jak i miłośnicy FPS-ów. Żadna inna gra nie potrafi do siebie przekonać tak wielu osób.  Ukochali ją również ci, którzy niezbyt często grywają w gry, czy wręcz delikatnie mówiąc nie lubią tego typu rozrywki.
Jednak czemu się dziwić, w końcu mówimy o tytule dopracowanym w każdym calu. Wygląda on niezłe, wspaniale brzmi, daje możliwość mnogości taktyk, pozwala dowodzić wieloma(w znacznej mierze posiadającymi wyjątkowe cechy) jednostkami. Możnaby tak długo, trzeba jednak wyróżnić jej najważniejszą zaletę. A jest nią tryb hot seats.
Gorące pośladki dawały możliwość wspólnej gry na jednym komputerze. To niezaprzeczalny i główny atut herosów. Doceni go każdy, komu udało się choć raz skopać tyłek przyjacielowi za pomocą sprytnej taktyki, bądź choćby odrobiny szczęścia.
Ta gra to wręcz uosobienie grywalności i klimatu. To ona spowodowała, iż chyba każdy na wlasnej skórze odczuł syndrom "jeszcze jednej tury". Nie ma się jednak czemu dziwić, gdyż możnaby bez wielkiej przesady nazwać "trójkę" growym odpowiednikiem "Ostatniej wieczerzy".

To po prostu arcydzieło branży elektronicznej rozrywki.


I tym optymistycznym akcentem kończę mój pierwszy noworoczny wpis. 
Wchodźcie na mego bloga, komentujcie tu, bądź na moim gg:10661286 i spędźcie ten rok jak najlepiej :-).

Niestety nie wiem, kiedy będzie następna notka, a to z powodu sesji, jednak postaram się dać z siebie wszystko i jak najszybciej coś napisać.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Rozważania o przyszłości.

Hej!

Wybaczcie kolejne opóźnienie na blogu. Jest ono spowodowane brakiem sił, chęci do czegokolwiek i weny.
Możliwe jest nawet chwilowe zawieszenie bloga, po to, abym mógł skupić się na przygotowaniach do sesji i miał czas sklecić kilka opowiadań.

Jako dobry nałogowiec regularnie dostraczam sobie kolejne działki mych nałogów. Są to komputer, papierosy, po części pisanie i najważniejszy z nich-czytanie.
Dorwałem więc ostatnio 451° Farenheita. To wspaniała książka science-fiction z ciekawą fabułą, interesującymi postaciami i tym, co najważniejsze dla tego wpisu, a mianowicie niesamowitą wizją świata.

Akcja dzieje się w niezbyt odległej przyszłości, gdzie ludzie organiczyli swe życie do ciągu prostych przyjemności, natomiast książki są palone przez strażaków.
Jest to straszna wizja świata, a co najgorsze niesamowicie prawdopodobna. Szeroko pojęty cywilizowany świat coraz bardziej głupieje. Kolejne pokolenia sięgają po książkę z rosnącą niechęcią i wcale nietrudno znaleźć takich, którzy przeczytali w swoim życiu zaledwie kilka książek, w dodatku robiąc to pod przymusem.
Możnaby się zapytać, czemu nikt nie reaguje? Otóż elitom taka sytuacja jest na rękę, gdyż odsuwają się one od przeciętnych obywateli, gwałtownie utrudniając dostęp do swych szeregów, a przez to zapewniając sobie stabilność na najwyższych stanowiskach. Ponadto warto zauważyć, iż ludźmi głupimi, pozbawionymi wielu ideałów i szerszego spojrzenia na świat o wiele łatwiej manipulować.
Ogromne znaczenie ma również praca, któr jest coraz bardziej wyczerpująca i czasochłonna. Nie należy za to winić ten czy inny rząd, iż wzrasta czas pracy, bo to zjawisko na skalę światową i współczesna gospodarka wyewulowała w tymże kierunku. Stąd też państwa są niejako zmuszane do prowadzenia takiej, a nie innej polityki, jeśli chcą sobie poradzić w tymże świecie.

Wszystko to prowadzi do sytuacji, w której ludzie będą harować całymi dniami, a odpoczynek sprowadzi się do oglądania prostych i pustych programów i oper mydlanych.

Dodajmy do tego jeszcze Internet, który przynosi znaczne korzyści, jednak ma też liczne wady. Jest on bowiem wspaniałą składnicą wiedzy. Tylko, że ta wiedza często jest ograniczona i spłycona, tak, aby trafiła do jak najszerszego grona. Przykładami niech będą liczne streszczenia, oraz Wikipedia, która mimo wspaniałych założeń, przez swoje liczne błędy dyskfalifikuje się, jako źródło wiedzy na poziomie węższym, niż ogólny.
Dodatkowo Internet nas rozleniwia. Przyzwyczajamy się, że wszystko, czego potrzebujemy dostajemy od razu, bez większego zachodu.
Takie myślenie jest złe. Musimy zdać sobie sprawę, iż nie wszystko jest lekkie, łatwe i przyjemne w przyswojeniu. Jednakże coraz mniej osób postanawia podjąć trud pojęcia niełatwych aspektów naszego świata.

Wszystko to prowadzi do regresu ludzkości. Uważamy, iż posiedliśmy ogromną wiedzę i żyjemy w tym naiwnym złudzeniu tą właśnie wiedzę tracąc.

Dlatego też nie pozwalajmy się ogłupiać. Rozszerzajmy swe horyzonty myślowe, coraz lepiej poznawajmy świat i siebie. Najlepiej właśnie poprzez czytanie książek, często niełatwych, acz wartościowych.

No to do następnego wpisu.

P.S. Chcę zaznaczyć, iż nie jestem wrogiem Internetu. Wiem, że ma on wiele pozytywnych aspektów, jednakże nie to było tematem tego wpisu.
P.S.2 Wszystkich chętnych podyskutować na temat tego wpisu zachęcam do komentowania go, lub pisania na moje GG:10661286

poniedziałek, 28 listopada 2011

Książki

Yo ludzie!

Wybaczcie ten kilkudniowy obsów, ale w ten weekend nie miałem głowy (ani innych części ciała) do wpisu, więc teraz nadrabiam zaległości.

Książka, pozornie jest to papier wypełniony literami, jednakże dla mnie to coś więcej.

Książki są bowiem pięknym światem, swoistym katalizatorem wyobraźni. Pozwalają one poznawać miejsca i osoby, z którymi nigdy się nie zetkniemy, a już na pewno nie w tej postaci.
Teoretycznie można to powiedzieć o każdym medium z filmem na czele. Pozostaje jednak pewno małe, acz istotne "ale".
Mówię tu o sytuacji najwyraźniejszej we wszelkiego rodzaju ekranizacjach. Otóż nie raz się zdarza, iż czytelnik wyobraża sobie daną personę, czy miejsce w sposób zgoła domienny, aniżeli reżyser. Jest to rzecz całkiem normalna, a wręcz wskazana, gdyż to dowód na naszą niezależność.
Jednakże po takowym seansie często "widzimy" daną postać, nie tak, jak ją sobie wyobraziliśmy, ale przed oczyma staje nam obraz aktora w konkretnym stroju.
Jest to irytująca sytuacja, gdyż niejako stworzony przez nas świat ulega zewnętrznemu przekształceniu. Zostaje on w pewnym stopniu zubożony o naszą wizję tegoż miejsca.

To właśnie książki pozwalają nam w najczystrzym stopniu wytworzyć subiektywny obraz wydarzeń. Możemy przez chwilę poczuć się niejako twórcą nadającym kształ swemu dziełu. Możemy wreszcie duchem przebywać w tym świecie, towarzyszyć bohaterom tejże opowieści.
Daje nam to możliwość wchłonięcia przez pewnego rodzaju sanktuarium wyobraźni, oddzielone od rzeczywistego świata grubym, nieprzenikliwym murem.

Książki bynajmniej nie są jedynie "tylko naszymi miejscami". To również wspaniali nauczyciele. Pozwalają one nam poznawać tajniki otaczającego nas świata. Wykładają nam myśli wielkich tego świata. Ukazują one wiele różnorakich ścieżek, którymi możemy póść i zgodnie z którymi przeżyjemy swój żywot.
Należy jednak pamiętać, iż jest to nauczyciel wymagający i nigdy do końca niezrozumiały. Nie ma tu możliwości, aby uczeń przerósł swego mistrza, bo zawsze znajdzie się wolumin posiadający wiedzę obcą czytelnikowi.


Dlatego też czytajcie jak najwięcej. Uzależnijcie się od książek i rozwijajcie swą wiedzę i wyobraźnię!!!

sobota, 19 listopada 2011

Coraz bliżej święta...nieeeeeeeee!!!!!!!!!

Hej.

Na poczatku chciałem wam podziękować za te, jakże liczne odwiedziny mego bloga w tym tygodniu. Jak tak dalej, to podbijemy świat i sworzymy Nasze duże królestwo :-) .
No ale nie o tym chciałem tu pisać, przjdźmy więc do właściwej treści wpisu.

Piszę o sytuacji, która choć dopiero raczkuje, to błyskawicznie urośnie w siłę. Warto więc poruszyć jej temat "na spokojnie", zanim będzie na ten temat zbyt głośno, aby sobie go przemyśleć.
Na początek zajżyjmy do kalendarza. Mamy 19 listopada, czyli nieco ponad połowę tego jesiennego miesiąca. Jeśli wejdziemy choćby na Kwejka, co widzimy? Taaak naszym oczom ukazują się losowe, wyszukane w Googlach zdjęcia ulic pokrytych śniegiem. Pytam sie więc: po co już pokazujecie tą białą de facto wodę skoro jeszcze mamy jesień? Czy to że śnieg padał już maksymalnie kilka razy (po to tylko, aby za chwilę się rozpuścić) jest wystarczającym powodem, by o nim wspominać?

Możecie to uznać za jęczenie stetryczałego wroga zimy, jednak zauważcie pewną oczywistą zależność. Otóż z tematem zimy ściśle związane są święta. Niby wszystko super, jednakże im wcześniej o czymś mówimy, tym szybciej się do tego przyswajamy. Nie dziwmy się więc, że lada chwila na witrynach sklepów pojawią się świąteczne ozdoby.

Prowadzi to do wyraźnej sytuacji, w której jesteśmy z każdej strony "atakowani" świątecznym klimatem, przez co się on błyskawicznie ulatnia.
Jest to czysto amerykańskie podejście do świąt, będących raczej spotakniem z najbliższymi, aniżeli jakąś uroczystością.
Bynajmniej nie chodzi mi tu o powagę z punktu widzenia religii, gdyż sam specjalnie wierzący nie jestem, więc zostawiam tą działkę innym. Chodzi mi o fakt, iż za pomocą tegu typu sytuacji po części świadomie pozbawiamy się całej magii świąt, czyli bliskości ludzi i jakiegoś takiego lepszego zachowania wobec siebie nawzajem, a tworzymy na jej miejsce pewną nomen omen szopkę, w której symbolami Bożego Narodzenia są nie przyjaźń i dobroć, a "Last Christmas" i reklama Coca-coli.

Z podobnych powodów zresztą jestem przeciwnikiem halloween, gdyż przyswajając sobie amerykańskie święta i ich sposób podejścia doń, tracimy cząstkę swej duszy i stajemy się szalenie łatwą do manipulacji ciemną masą.
Przemyślcie więc co jest dla was ważniejsze i spędźcie te święta tak, aby były one jak najlepsze.

Tym jakże wspaniałym rysunkiem, powstałym w prehistorii Internetu kończę ów wpis.

To do następnego wpisu!

P.S. Piszcie,  komentujcie i rozsyłajcie dalej, aby to małe królestwo rosło w siłę i dobrobyt :-)  .

poniedziałek, 14 listopada 2011

Falkon 2011

   Witajcie.

   Wpis ten piszę z lekkim opóżnieniem, które jest spowodowane tytułowym konwentem.

   Falkon to konwent fantastyki, organizowany co roku w Lublinie. Tegoroczna edycja trwała od 10 do 13 listopada i by nie trzymać was w niepewności, od razu powiem, iż był to najlepszy konwent w moim życiu.

   Jak pewnie wiecie mam kilka pasji, jednak najbliższa memu sercu jest właśnie fantastyka. Stąd też było oczywistym, że prędzej, czy później wybiorę się na konwent o tejże tematyce. Decyzja padła na Falkon, gdyż odbywa się on w Lublinie, czy mieście, w którym studiuję. Dlatego też od razu po powrocie w uczelnii się spakowałem i skierowałem swe kroki na popularną wyspę (czyli WSPiA) pełen wspaniałych wyobrażeń dotyczących konwentu. Te jednak błyskawicznie uleciały z mej głowy, a na ich miejsce wskoczyły liczne przekleństwa we wszelkiej znanej mi postaci.

   Powiem krótko. Długi marsz przy sporym mrozie potrafi zepsuć humor nawet największego optymisty. Sytuacji nie ułatwaiły liczne toboły, które najchętniej zostawiłbym mniej więcej w połowie drogi.
Również samo dotarcie na miejsce dostarczyło mi nieprzyjemnej niespodzianki.
Prawdą jest, iż Falkon to jeden z największych konwentów fantastycznych w Polsce, jednak nie wiedzieć czemu nie spodziewałem się aż takich kolejek do akredytacji.
Lecz cóż mi zostało. Zebrałem w sobie pozostałe resztki cierpliwości i stanąłem do kolejki ze spokojną miną.
Na szczęście szybko nadeszła pomoc, w postaci pary przygodnie poznanych ludzi z Kielc ( których zresztą serdecznie pozdrawiam ). Dzięki nim dowiedziałem się od drugim budynku konwentu i wspólnie udaliśmy się tam.

   Od tego momentu konwent był naprawdę wspaniały. W szkole imienia Ignacego Jana Paderewskiego ( nie wspaminam o jaką szkołę chodzi, gdyż zwyczajnie zapomniałem) szybko zakupiłem wejściówkę i między innymi wraz z moimi nowymi znajomymi zagrałem partię gry figurkowej Ogniem i Mieczem. Moi Szwedzi sprawowali się wybornie. Ponadto mechanika gry, jak i same figurki ( szczególnie ich cenę ) zasługują na polecenie. Niestety, mimo obietnic nie pojawiłem się na premierze podręcznika do tejże gry, gdyż nie straczyło mi na to czasu.

   Jedyne czego mi brakowało na konwencie to właśnie czasu wolnego. Większość czasu spędziłem na różnych prelekcjach, konkursach i spotkaniach autorskich. Była to wspaniała odmiana po konwentach magowych, gdzie główną "atrakcją" były wyjścia na papierosa. Jednak nawet one byy w jakiś sposób produktywne, gdyż dawały czas na krótką, aczkolwiek przyjemną rozmowę zarówno z innymi konwentowiczami, jak również z wydawcą Fabryki Słów, czy Jarosławem Grzędowiczem. Dość powiedzieć, iż jedna z tych rozmów zainspirowała mnie do kupienia piły mechanicznej z IKEI.

   Równie istotny jak atrakcje, jest na konwencie social. Ten też był na Falkonie wspaniały. Poznałem na tym konwencie wiele wspaniałych osób, oraz co dla mnie ważniejsze, miałem możliwość rozmowy z wieloma pisarzami. Mogę o nich powiedzieć tylko jedno: są to naprawdę inteligentni i wyluzowani ludzie.
Podświadomie pisarze zdawali mi się być pewnego rodzaju intelektualną elitą, co będzie się dało odczuć. Okazało się jednak, iż mimo swej naprawdę dużej wiedzy są oni zwykłymi ludźmi z którymi aż chce się póść na piwo i gadać o bzdurach.
Szczególnie miło wspaminam rozmowę z pewnym starszym mężczyzną. Jak się okazało również pisarzem. Otóż okazał się on nadzwyczaj miłym i otwartym partnerem do rozmowy. Ponadto jest on drugą osobą, która mnie przekonuje do iPada i jemu podobnych maszyn. Jeszcze kilka osób, a niechybnie sprawie sobie takie urządzenie.

   Warto równiej powiedzieć coś o samych atrakcjach. Otóż przede wszystkim były one naprawdę dobrze rozplanowane, dzięki czemu udało mi się uniknąć dylematów "na co by tu teraz iść". Olbrzymim plusem był również ich poziom. W zasadzie każda prelekcja, na której byłem (o spotkaniach autroskich chyba nie muszę tego mówić, bo to raczej oczywiste) została naprawdę dobrze wykonana. Dość powiedzieć, że opuściłem zaledwie kilka i żadna nawet z tych opuszczonych nie była nudna.

   To już koniec mej relacji. Mam nadzieję, iż była ona wystarczająco wyczerpująca. Krótko mówiąc Falkon był świetny i nie mogę się doczekać przyszłorocznej edycji.


   W tym miejscu chciałbym pozdrowić wszystkich, którzy na Falkonie byli, a w szczególności (kolejność dowolna): panią z ochrony, która z uporem maniaka wciąż kazała mi pokazywać przepaskę na rękę, ową wspomnianą w tekście parę, resztę zespołu z którym wziąłem udział w wiedzówce z Warhammera, kolesi z tejże wiedzówki, którzy wymyślili Bojowego Kangura Chaosu, Jakuba Ćwieka, Jarosława Grzędowicza, Andrzeja Pilipuka, wspamnianego w tekście pisarza, a jest nim Jan Rudziński (piszący naprawdę ciekawie, także warto poszperać w Googlach i wyszukać jego opowiadania), mojego niedzielnego towarzysza zarówno w paleniu, jak i na prelekcjach, ludzi ze sklepika, którzy jakże miło odwdzięczyli się za pomoc w wypakowaniu towaru, a także wszystkich, z którymi spędzałem czas obok DDRków.

P.S.1 Bojowy Kangur Chaosu!!!!!!!!!!!!!!!!!
P.S.2 Dzięki Pilipiukowi musze poczytać o Feliksie Dzierżyńskim.
P.S.3 Jakub Ćwiek był chyba największym luzakiem wśród pisarzy, ogląda fajne filmy i seriale ( ma u mnie ogromnego plusa za przypinkę z Watchmanów), no i nieźle rysuje, choć wykałaczka w jego wykonaniu przypomina bardziej źdźbło trawy, lub papierosa (chętnie mu to wypomnę, na następnym spotkaniu autorskim^^).
P.S.4 Peter Watts, mimo powagi w jego książkach to naprawdę fajny koleś i nie mam mu za złe, że pomylił się w dedyku dla mnie.

To by było na tyle. Falkon niestety się skończył, a życie pędzi dalej. Tak więc kończę ten wpis i się żegnam.
Do następnego wpisu!

sobota, 5 listopada 2011

Lublin

Na początku muszę was szczerze i mocno przeprosić. Otóż w tym miejscu miało widnieć opowiadanie z okazji halloween, ale powstaje ono wyjątkowo opornie, dlatego zobaczycie je w przyszłości.
No, teraz przejdźmy do wspiu.


Lublin-niesamowite miasto, perła Wschodniej Polski.
Początkowo nie lubiłem tego miasta, wydawało mi się na sój sposób ułomne, bo ni to duże miasto, ni mała mieścina.
Pogląd ten jednak uległ całkowitej zmianie, gdy przyjachałem tu na studia. To co wydawało mi się wadą tego miasta, okazało się być jego jedną z największych zalet. Okazało się, że ta ciężka klasyfikacja tworzy niesamowite połączenie. Otóż posiada ono zarówno zalety dużego miasta, jakimi są bez wątpienia liczne kina, knajpy, czy teatry. Ogólnie wciąż się tu coś dzieje. Wynika to zarówno z rozmiarów miasta, jak i jego profilu, bo mamy tu niewątpliwie do czynienia z miastem typowo studenckim. Wynika z tego kolejna istotna zaleta Lublina, jaką są ludzie. Jest tu naprawdę wiele wspaniałych młodych osób. Są oni szalenie mili i pomocni. Pierwszy raz w życiu zdarzyła mi się sytuacja, w której ludzie tak chętenie i bezinteresownie byli skorzy do pomocy.
Według oficjalnych danych w Lublinie studuje około 100 tysięcy osób. Ta ogromna rzesza ludzi zaznacza swą obecność na każdym kroku. Dzięki nim miasto tętni życiem i jest pełne energii, dzięki której aż się chce iść codziennie na uczelnię ( nooo dooobra, może ODROBINĘ przesadzam :-) ).
Ponadto miasto ma swoją niesamowitą duszę. Jest ono naprawdę piękne i nie ma problemu znaleźć w nim jakieś urokliwe miejsce. Nawet budynki są tu często zdobione (szczególnie w okolicy Placu Litewskiego).
Również kultura stoi tu na bardzo wysokim poziomie. Świadczą o tym stosunkowo liczne teatry i kina, jak również bardzo częste koncerty. Wystarczy się choćby przejść po Starówce, aby odczuć ten niesamowity klimat.
Miasto wydaje się być wręcz stworzone, dla wszelkiej maści artystów i ludzi posiadających choćby nieco większą wrażliwość, aniżeli ogół.
No i Lublin to też wspaniałe miasto dla nerda, którym zresztą po części sam jestem^^.
Są tu organizowane dwa naprawdę duże konwenty, są one tworzone przez ludzi znających się na rzeczy, więc raczej normą jest ich wysoki poziom.
Jest tu również miejsce realizujące jeden z najfajnieszych pomysłów w Polsce, mianowicie Padbar. Powiem tak: chyba nie ma nicego przyjemniejszego, niż zasiąść w gronie znajomych, z zimnym piwem w ręku przy jakiejś grze, a to właśnie nam wspomniane miejsce oferuje. Można tu pograć ZA DARMO na większości nowych konsol, a nawet na iPadzie. Dzięki temu miejscu można poznać wiele naprawdę fajnych osób, poprzez wspólną grę w Guitar Hero, czy Mortal Kombata. No, a naszych partii w Buzza i tańczenia w Dance Central długo nie zapomnę.

Krótko mówiąc polecam wam to miasto z całego serca, bo jest ono jego warte. Zresztą co będziecie mnie słuchać? Najlepiej tu przyjeżdżajcie i sami się o tym przekonacie^^.