Yo ludzie!
Jak zapewne wiecie mamy jesień. Jest to chyba nadziwniejsza pora roku, bo ma wiele obliczy. Ponadto jeśli się jej bliżej przyjżeć, to przypomina nasz kraj.
Najlepszym tego przykładem są barwy. Jesień odznacza się prawdopodobnie największym spectrum kolorów. Wszystkie one jednak są skupione według pewnej palety.
Jest to szczególnie wyraźne, gdy uświadczamy słynnej złotej polskiej jesieni, która jest chyba najpiękniejszą porą roku.
Odznacza się ona przede wszystkim znaczną ilością żółci, czerwieni i kolorów z nimi związanych. Łączą się one z pojedyńczymi ostojami zieleni, które ze wszystkich sił starają się uzyskać zachwyt widza. Tworzy to niezwykle plsatyczny obraz.
Porównajmy go, do tych pól "pozłacanych pszenicą, postrebrzanych żytem", które ciągną się po horyzont. W tym morzu żółci ukazują się nam, niczym rybki, czerwone kwiaty maku, rosnącego między kłosami. Gdzieniegdzie mamy, pojedyńcze jabłonie, zachęcające szelestem liści na wietrze, do skosztowania ich wspaniałych owoców.
Ukazują się nam bardzo podobne, szczególnie pod względem urokliwości i kolorystyki obrazy, z które przedstawiają niejako wizytówki tejże pory roku i typowego polskiego widoku.
I nagle w listopadzie tracimy ten obraz, na rzecz surowości i monotonii. Taka jest też miejscami i Polska. Nasze państwo ma wiele obliczy, ich piękno jest różne i nie da się go opisać nie poruszając wielu, nierzadko skrajnie różnych aspektów.
Jednak najważniejsza w mym porównaniu jest dusza jesieni.
Każda pora roku, ma swoją symbolikę, każda też nastraja do innych zachowań. Jesień bez wątpienia, jest najsilniej oddziaływująca na człowieka. Ten ogólny mrok, częste ulewy, a nawet ów silny wiatr tworzą niezwykły mistycym, tak bliski romantyzmowi. Nie bez powodu święto zmarłych jest właśnie w tym czasie ( i nie mówię tu o nędzny halloween, które jest pustą zabawą, pozbawioną prawdziwej atmosfery owych dni- dość powiedzieć, iż nie można go w jakikolwiek sposób porównywać z naszymi dziadami).
To własnie jesień, szczególnie ta późna, zbliża nas niebezpiecznie blisko, do tematu, który wywoływał u ludzi strach od zarania dziejów. Jest nim oczywiście śmierć. Również i inne rodzaje strachu wdzierają się do naszych umysłów. Niepewność towarzysząca niezywkle często w czasie jesieni powoduje, liczne figle, jakie płata nam wyobraźnia.
Kto się nie zagdza, nie z ręką na sercu oznajmi, iż czułby się całkiem pewnie wędrując nocą przez las, w czasie dużej ulewy.
Ponadto jesień wyraża śmierć o wiele sugestywniej, niż zima. Tu przyroda w zasadzie umiera na naszych oczach. Czujemy jej słabość i bezsilnie przypatrujemy się agonii kolejnych roślin. Jesteśmy uczestnikami tego mrocznego pogrzebu, jaki matka natura organizuje swym dzieciom.
W zimie nie odczuwamy tego, aż tak mocno, w zasadzie oswajamy się z widokiem nagich gałęzi drzew i krzewów, pokrytych całunem ze śniegu.
Widok ten jest bezpieczny, spokojny. Grób został zamknięty i mamy pewność, iż zmarły leży spokojnie.
Co innego ma miejsce w jesieni. Wtedy ta trumna nie zamknęła jeszcze swojego wieka, widzimy suchą twarz zmarłego i otoczeni tym strasznym wzrokiem, mamy wątpliwości, czy aby na pewno nie otworzą się te zamknięte powieki.
Niezywkle istotny, jest też drugi symbol jesieni, a mianowicie nostalgia. Jesień przedstawia czas, gdy świat jest stary, a następnie umiera. Wydarzeniom tym towarzyszy wspominanie przeszłości. To niezwykle istotny aspekt polskości. Nasza tradycja opiera się w dużej mierzez na historii i starych tradycjach. Polakowi, nie wolno zapominać o trudzie przodków, bo to by oznaczało śmierć Polski.
Nie oszukujmy się jesteśmy narodem mocno specyficznym, mamy cechy zarówno zgrzybiałego straca, jak i pewnego siebie młodzika. Tworzy to mieszankę wybuchową, która przez tyle lat pozwalała zadziwiać świat naszych charakterem i determinacją w dążeniu do celu.
Również nasze wady w jakiś sposób kształtują naszą duszę, szczególnie ta bitność i pijactwo.
Nie zapominajmy więc o naszej narodowej duszy, pełnej zarówno partiotyzmu, waleczności, jak i skłonności do zabaw i zabobonów. Jest ona warta trudu, jaki w nią wkładaliśmy przez wieki i niech ta ciężka do zrozumienia i nienajprostsza w obyciu pora roku, jaką jest jesień wciąż nam o tym przyomina.
sobota, 22 października 2011
sobota, 15 października 2011
O tym, jak to lodówa potrafi zmienić człowieka.
Yo.
Kilka dni temu odpoczywając po serii kolejnych wykładów i ćwiczeń przypomniała mi się lodówa. Dla was jest to jeden ze sprzętów AGD, a w najlepszym razie chwilowy raj na ziemii ( w tym momencie pozdrwiam wszystkich studentów :-) ), jednak dla gdzieś tam podpisanego słowo to ma głębsze znaczenie. A jest nim wspomnienie Lodów Center, lecz nim się dowiecie co w tym takiego specjalnego, posłuchajcie proszę krótkiej historyjki.
Dawno, dawno temu, gdy Internet był darem, dla wybranych, a i oni się z niego nie mogli cieszyć bo jego prędkość była porównywalna ze sparaliżowanym żółwiem, żył sobie pewien Qń z Kielc. Był on niezwykłą istotą, na co wskazywała choćby pisownia jego imienia. Musicie bowiem wiedzieć, iż istniał niegdyś świat, który nie był ogarnięty powszechnym debilizmem, jak to teraz ma miejsce i ludzi szokowały liczne błędy ortograficzne.
W każdym razie od początku było wiadomo, iż nasz zwierz jest powołany do wielkich czynów i tak też się stało.
Pewnego pięknego dnia zaświtała owemu Qniowi nad łbem ogromna żarówa (a musicie wiedzieć, że w owych zamierzchłych czasach Unia nie narzucała nam jeszcze swych organiczeń stąd ludzie świecili i ludziom świtały o wiele mocniejsze żarówy) i tak o to rzekł : "Ach, jakże smutne muszą być polskie ludziki. Nie mogą wcinać pizzy ze świeżutką, wrocławską trawką w czasie dedlajnu. Nie mają też przyjemności żłopania... yyy, kulturalnego picia...eee, coli z pewnymi Przemytnikami (występującymi w liczbie jeden, ale któż to tak na prawdę wię, w końcu nikt ich nie widział). Muszę więc stworzyć i im jakiś powód do szczęścia.
Tylko cóż to może być?" Po dłuższej chwili, której główną część zajęła gra w Unreala (bo koń, też człowiek i pograć lubi), nasz bohater wpadł na genialny pomysł. Jeśli mamy być dokładni, to w tym właśnie momencie zaświtała mu nad głową żarówka, która, jeśli mamy być jeszcze dokładniejsi wybuchła, bo doszło do zwarcia.
I koń wykrzyknął : "Wiem, zbuduję im królestwo i będę w nim mądrze rządził, a moi poddani zajmą się rozwojem swych talentów, przede wszystkim pisarskich. Hmmm tylko jak tu nazwać ową nowo powtałą potęgę? Już wiem! Ochrzczę ich nazwą mojej ukochanej firmy"- wykrzyknął nasz przedstawiciel nieparzystokopytnych. Warto jednak wspomnieć, iż mimo swych wielu talentów, nie umiał on pisać, więc wstukiwał losowe klawisze na klawiaturze. Stąd też nie znamy nazwy owej ukochanej firmy. Króleswto natomiast otrzymało nazwę Action Mag.
Królestwo się rozwijało. Wielu ludzi zachęconych możliwością rozwoju swego pisarskiego talentu, przybyło do Action Maga, na którego ulicach publikowało swe dzieła. Ponadto z czasem powstały przeróżne gildie, zrzeszające osoby piszące, na konkretny temat. Każda gildia miała swój temat, niektóre upadały, inne zaś rosły w siłę, aż nadszedł kolejny dzień, który wywarł ogromny wpływ na ówczesne dzieje królestwa. Był to dzień, w którym powstała gildia inna, niż wszystkie. Miała ona ponurą sławę i wchodzili do niej tylko najmężniejsi.
Powstała Lodówa Center!!!!!!!!!!!!!!!!!
Jeśli miałbym porównać lodówę, do człowieka, byłby to szaleniec. Jednak nie jakiśtam wariat a świr przez duże "eś". To typ na tyle niebezpieczny, iż ludzie się go boją, na tyle dziki, iż trudny do okiełznania i co najgorsze, na tyle interesujący, że potrafił zafascynować grupę sobie podobnych ( do których się podpisuję wszystkimi kończynami).
W Lodówie było w zasadzie wszystko, co może być pozbawione senu. Recenzje jedzenia? Proszę bardzo! Gry w których zabijamy biedronkę(ten supermarket)? Oczywiście! I wiele, wiele innych, równie dziwnych atrakcji.
Wyróżnię również chore opowiadania. Słowo chore jest jedynym, jakie w jakimkolwiek stopniu pozwala oddać panujący tam klimat.
Mimo ataków, ze strony pozostalych twórców Action Maga, kącik ten trzymał się dzielnie, a nawet się rozwijał. Mogłoby się wydawać, iż taki stan, jak i sama Lodówa będą trwać wiecznie. Aż tu nagle czytamy, że mamy przed sobą ostatni odcinek.
No cóż coś pękło. Widać nie było tak pięknie, jak to z boku wyglądało. Mówi się trudno i idzie dalej.
Ale jednak coś się skończyło.
Lodówie zawdzięczam wiele, przede wszystkich mnóstwo wspomnień, ale też zachętę do pisania i dziwny humor. Wiem, że ten kącik w jakiś sposób mnie ukierunkował życiowo.
Głupia sprawa, bo ten paradoksalnie bezwartościowy i totalnie durny kącik, który w zasadzie miał pozwolić jego twórcom się dobrze bawić, znacząco wpłynął na kogoś ( może nawet nie tylko na mnie, cóż nie znam nikogo, kto czytał Lodówę, więc się nie wypowiadam).
Stąd też owy wpis będący swoistym hołdem dla tego kącika i jego twórców. Posiada on również teoretycznie banalne i oczywiste przesłanie, o którym chyba jednak zbyt często zapominamy : nie odcinajmy się od naszej przeszłości i od naszych wspomnień, bo to właśnie one, nawet te najbardziej błahe nas kształtują.
P.S. Piszę o tym wszytskim, gdyż przypadkiem na devcu natrafiłem, na jednego z twórców Lodówy. Mam nadzieję, że kiedyś przeczyta te słowa ( i mnie nie zabije, za moją grafomnię xD ).
A na koniec: Eat shit and die!
Kilka dni temu odpoczywając po serii kolejnych wykładów i ćwiczeń przypomniała mi się lodówa. Dla was jest to jeden ze sprzętów AGD, a w najlepszym razie chwilowy raj na ziemii ( w tym momencie pozdrwiam wszystkich studentów :-) ), jednak dla gdzieś tam podpisanego słowo to ma głębsze znaczenie. A jest nim wspomnienie Lodów Center, lecz nim się dowiecie co w tym takiego specjalnego, posłuchajcie proszę krótkiej historyjki.
Dawno, dawno temu, gdy Internet był darem, dla wybranych, a i oni się z niego nie mogli cieszyć bo jego prędkość była porównywalna ze sparaliżowanym żółwiem, żył sobie pewien Qń z Kielc. Był on niezwykłą istotą, na co wskazywała choćby pisownia jego imienia. Musicie bowiem wiedzieć, iż istniał niegdyś świat, który nie był ogarnięty powszechnym debilizmem, jak to teraz ma miejsce i ludzi szokowały liczne błędy ortograficzne.
W każdym razie od początku było wiadomo, iż nasz zwierz jest powołany do wielkich czynów i tak też się stało.
Pewnego pięknego dnia zaświtała owemu Qniowi nad łbem ogromna żarówa (a musicie wiedzieć, że w owych zamierzchłych czasach Unia nie narzucała nam jeszcze swych organiczeń stąd ludzie świecili i ludziom świtały o wiele mocniejsze żarówy) i tak o to rzekł : "Ach, jakże smutne muszą być polskie ludziki. Nie mogą wcinać pizzy ze świeżutką, wrocławską trawką w czasie dedlajnu. Nie mają też przyjemności żłopania... yyy, kulturalnego picia...eee, coli z pewnymi Przemytnikami (występującymi w liczbie jeden, ale któż to tak na prawdę wię, w końcu nikt ich nie widział). Muszę więc stworzyć i im jakiś powód do szczęścia.
Tylko cóż to może być?" Po dłuższej chwili, której główną część zajęła gra w Unreala (bo koń, też człowiek i pograć lubi), nasz bohater wpadł na genialny pomysł. Jeśli mamy być dokładni, to w tym właśnie momencie zaświtała mu nad głową żarówka, która, jeśli mamy być jeszcze dokładniejsi wybuchła, bo doszło do zwarcia.
I koń wykrzyknął : "Wiem, zbuduję im królestwo i będę w nim mądrze rządził, a moi poddani zajmą się rozwojem swych talentów, przede wszystkim pisarskich. Hmmm tylko jak tu nazwać ową nowo powtałą potęgę? Już wiem! Ochrzczę ich nazwą mojej ukochanej firmy"- wykrzyknął nasz przedstawiciel nieparzystokopytnych. Warto jednak wspomnieć, iż mimo swych wielu talentów, nie umiał on pisać, więc wstukiwał losowe klawisze na klawiaturze. Stąd też nie znamy nazwy owej ukochanej firmy. Króleswto natomiast otrzymało nazwę Action Mag.
Królestwo się rozwijało. Wielu ludzi zachęconych możliwością rozwoju swego pisarskiego talentu, przybyło do Action Maga, na którego ulicach publikowało swe dzieła. Ponadto z czasem powstały przeróżne gildie, zrzeszające osoby piszące, na konkretny temat. Każda gildia miała swój temat, niektóre upadały, inne zaś rosły w siłę, aż nadszedł kolejny dzień, który wywarł ogromny wpływ na ówczesne dzieje królestwa. Był to dzień, w którym powstała gildia inna, niż wszystkie. Miała ona ponurą sławę i wchodzili do niej tylko najmężniejsi.
Powstała Lodówa Center!!!!!!!!!!!!!!!!!
Jeśli miałbym porównać lodówę, do człowieka, byłby to szaleniec. Jednak nie jakiśtam wariat a świr przez duże "eś". To typ na tyle niebezpieczny, iż ludzie się go boją, na tyle dziki, iż trudny do okiełznania i co najgorsze, na tyle interesujący, że potrafił zafascynować grupę sobie podobnych ( do których się podpisuję wszystkimi kończynami).
W Lodówie było w zasadzie wszystko, co może być pozbawione senu. Recenzje jedzenia? Proszę bardzo! Gry w których zabijamy biedronkę(ten supermarket)? Oczywiście! I wiele, wiele innych, równie dziwnych atrakcji.
Wyróżnię również chore opowiadania. Słowo chore jest jedynym, jakie w jakimkolwiek stopniu pozwala oddać panujący tam klimat.
Mimo ataków, ze strony pozostalych twórców Action Maga, kącik ten trzymał się dzielnie, a nawet się rozwijał. Mogłoby się wydawać, iż taki stan, jak i sama Lodówa będą trwać wiecznie. Aż tu nagle czytamy, że mamy przed sobą ostatni odcinek.
No cóż coś pękło. Widać nie było tak pięknie, jak to z boku wyglądało. Mówi się trudno i idzie dalej.
Ale jednak coś się skończyło.
Lodówie zawdzięczam wiele, przede wszystkich mnóstwo wspomnień, ale też zachętę do pisania i dziwny humor. Wiem, że ten kącik w jakiś sposób mnie ukierunkował życiowo.
Głupia sprawa, bo ten paradoksalnie bezwartościowy i totalnie durny kącik, który w zasadzie miał pozwolić jego twórcom się dobrze bawić, znacząco wpłynął na kogoś ( może nawet nie tylko na mnie, cóż nie znam nikogo, kto czytał Lodówę, więc się nie wypowiadam).
Stąd też owy wpis będący swoistym hołdem dla tego kącika i jego twórców. Posiada on również teoretycznie banalne i oczywiste przesłanie, o którym chyba jednak zbyt często zapominamy : nie odcinajmy się od naszej przeszłości i od naszych wspomnień, bo to właśnie one, nawet te najbardziej błahe nas kształtują.
P.S. Piszę o tym wszytskim, gdyż przypadkiem na devcu natrafiłem, na jednego z twórców Lodówy. Mam nadzieję, że kiedyś przeczyta te słowa ( i mnie nie zabije, za moją grafomnię xD ).
A na koniec: Eat shit and die!
wtorek, 11 października 2011
It's alive.
Yo ludzie.
Ten wpis jest typowo informacyjny. Otóż, jak pewnie niektórz z was wiedzą poszedłem na studia.
Tak więc siedzę na uczelni i czytuje różne dziwne książki, co potocznie się nazywa studiowaniem prawa, na UMCS-ie. Jest to stosunkowo miłe zajęcie, aczkolwiek skutecznie pochłania spory kawałek sił i czasu gdzieś tam podpisanego.
Objawia się to kilkoma strasznymi konsekwencjami do których trzeba zaliczyć niemożność prowaszenia sesji RPG, czytania książek dla przyjemności, czy pisania. W zamian dostajemy wspaniałe towarzystwo i spożywanie napoi alkoholowych i ilościach potocznie uznawanych za spore. Nie ma co wymiana z rzędu tych powiedziałbym ciekawszych, choć niekoniecznie opłacalnych.
Stąd też ów wpis, mający na celu udowodnienie, że ja, jak i mój blog jeszcze nie umarlismy do końca.
Mówiąc krótko i treściwie(to ja tak potrafię?), z racji czasu, który potrzebuję na aklimatyzację, na mym jakże zacnym wydziale, moja nędzna terminowość ulegnie pogorszeniu(tak, jest to możliwe). Nie znaczy to, że zawieszam tego bloga. Po prostu mam aktualniemniej czasu na jego prowadzenie, bo muszę kiedyś czytać te nudne podręczniki, te jakże wspaniałe komiksy internetowe, a także pisać opowiadnia.
Proszę więc o wyrozumiałość.
No a wszystkich chętnych, którzy chcą się spotkać w Lublinie ze mną, lub są ciekawi, jak się rozmawia ze świrem-prawnikiem, zachęcam do pisania na moje gg:10661286(gdzie zresztą w opisie oznajmiam o pojawieniu się nowego wpisu).
No, to trzymajta się ludzie i do następnego, oby jak najszybszego wpisu.
Ten wpis jest typowo informacyjny. Otóż, jak pewnie niektórz z was wiedzą poszedłem na studia.
Tak więc siedzę na uczelni i czytuje różne dziwne książki, co potocznie się nazywa studiowaniem prawa, na UMCS-ie. Jest to stosunkowo miłe zajęcie, aczkolwiek skutecznie pochłania spory kawałek sił i czasu gdzieś tam podpisanego.
Objawia się to kilkoma strasznymi konsekwencjami do których trzeba zaliczyć niemożność prowaszenia sesji RPG, czytania książek dla przyjemności, czy pisania. W zamian dostajemy wspaniałe towarzystwo i spożywanie napoi alkoholowych i ilościach potocznie uznawanych za spore. Nie ma co wymiana z rzędu tych powiedziałbym ciekawszych, choć niekoniecznie opłacalnych.
Stąd też ów wpis, mający na celu udowodnienie, że ja, jak i mój blog jeszcze nie umarlismy do końca.
Mówiąc krótko i treściwie(to ja tak potrafię?), z racji czasu, który potrzebuję na aklimatyzację, na mym jakże zacnym wydziale, moja nędzna terminowość ulegnie pogorszeniu(tak, jest to możliwe). Nie znaczy to, że zawieszam tego bloga. Po prostu mam aktualniemniej czasu na jego prowadzenie, bo muszę kiedyś czytać te nudne podręczniki, te jakże wspaniałe komiksy internetowe, a także pisać opowiadnia.
Proszę więc o wyrozumiałość.
No a wszystkich chętnych, którzy chcą się spotkać w Lublinie ze mną, lub są ciekawi, jak się rozmawia ze świrem-prawnikiem, zachęcam do pisania na moje gg:10661286(gdzie zresztą w opisie oznajmiam o pojawieniu się nowego wpisu).
No, to trzymajta się ludzie i do następnego, oby jak najszybszego wpisu.
piątek, 30 września 2011
Black Jack część 6.
Yo.
Jako, że nie posiadam aktualnie jakiejś weny i me myśli skupiają się na innych rzeczach (czytaj: kupiem se nowego laptopa i jaram się Wiedźminem), zamieszczam tu kolejną część znanego (ok, już możecie przestać się śmiać^^) i lubianego (przeze mnie na pewno^^) rankingu.
Dobra wstęp ukończony, przejdźmy więc do sedna, czyli gier.
6. Call of Duty 2
Wiem jak to miewam w zwyczaju, znów nie dotrzymałem obiecanych terminów. Szczerze mówiąc podziwiam tych, którzy tu wchodzą, mi osobiście by się nie chciało :-) .
Jako, że nie posiadam aktualnie jakiejś weny i me myśli skupiają się na innych rzeczach (czytaj: kupiem se nowego laptopa i jaram się Wiedźminem), zamieszczam tu kolejną część znanego (ok, już możecie przestać się śmiać^^) i lubianego (przeze mnie na pewno^^) rankingu.
Dobra wstęp ukończony, przejdźmy więc do sedna, czyli gier.
6. Call of Duty 2
Tym razem mamy do czyniania z FPS-em, którego akcja toczy się w czasie II Wojny Światowej. Co ciekawe nie gramy wciąż tą samą osobą. Gra dzieli się na trzy kampanie, w każdej wcielamy się w inną osobę. Tytuł ten był pod wieloma względami innowacyjny i wprowadzał rozwiązania, bez który ciężko sobie wyobrazić współczesnego FPS-a. Najważniejszym i najbardziej kontrowersyjnym było usunięcie jakiegokolwiek oznaczenia życia. Odtąd, gdy nasz heros był ciężko ranny, wystarczyło na chwilę ukryć się pod ostrzałem.
Pomysł niezbyt oryginalny, bo wzięty z tytułów konsolowych, ale trafiony, gdyż pozwalał na znaczne przyspieszenie akcji. W końcu twórca mógł stworzyć sporą batalię i nie być posądzany o nadmierne utrudnianie gry.
Nie oszukujmy się, rozwiązanie to, a przez co i powyższy tytuł miały znaczny wpływ na wzrost hollywoodyzacji gier, lecz czyż nie przyjemniej ubić dziesięciu Niemców/obcych/czegokolwiek, niż zaledwie pięciu?
Cóż po za tym oferuje nam ten wspaniały tytuł? Ano całkiem sporo. Mamy trzy świetne kampanie. Niestety są bardzo krótkie, a więc i dlugość gry jest "współczesna". Opowiadają one o walkach w różnych miejscach. Pozwala to na sporą różnorodność lokacji, co twórcy wykorzystali, dając nam naprawdę różne miejsca, w których będziemy ubijać Niemców. Ponadto całą grę towarzyszy na niesamowity klimat i świetna muzyka pogłębiająca poczucie doniosłości chwili(szczególnie jest to odczuwalne w kampanii radzieckiej). Również spory zasób ówczesnych zabawek, za pomocą których anihilujemy Niemców jest sporym plusem. Giwery wyraźnie różnią się od siebie, a jest ich tyle, że każdy powinien znaleźć jakiegoś ulubieńca.
Podsumowując mamy tu przykład świetnego FPS-a, z akcją osadzoną w czasach II Wojny Światowej. Gra nie jest trudna, a satysfakcja związana z jej ukończeniem jest nielicha, więc mogę ją z zystym sercem każdemu polecić.
Tak na marginesie za wadę można uznać desant na plaży Omaha. Nie żeby był zły, ale jest nieporównywalnie słabszy niż ten z Medal of Honor, a przez to pozostawia uczucie niedosytu.
5.Unreal Tournament
Nierealny turniej. Niesamowita gra, do której idealnie pasuje jej tytuł. Jest to niezwykle ważna dla mnie pozycja. Mówimy o pierwszym FPS-ie w jaki grałem. Mówimy też o pierwszej grze, która była w stanie pokazać mi jak duże znaczenie ma skill.
Niesamowite tempo, do którego potrzeba naprawde dużo czasu, żeby się przyzwyczaić(a które można jeszcze podkręcić). Już samo ono pożerało początkujących graczy na śniadanie, a imię pożartych legion. Coś jednak sprawiało, że człowiek siadał ponownie pełen nowych sił i determinacji...
i znów ginął. I tak przez wiele rund.
No cóż trzeba przyznać, że kiedyś gry nie patyczkowały się z graczem, jak to teraz ma miejsce, a UT jest wspaniałym przykładem tytułu, w którym, aby cokolwiek znaczyć, trzeba być naprawdę dobrym.
Jednak gra ta posiadała również niesamowitą grywalność, w końcu zdołała zapać w pamięć i graczy i doczekać się trzech kontynuacji.
Na miodność tytułu wpłynęło jego ogólne dopracowanie. Genialna muzyka, wspaniale podkreślająca szalone tempo, ciekawe bronie, których moc była odczuwalna i genialne mapy. Te elementy uczyniły Tournamenta wielkim.
Muszę was jednak ostrzec przed tym tytułem. Otóż gra wyglądała w nim następująco: skok w bok, szybka seria w trakcie sprintu, złapanie nowej broni, skok w którego trakcie wystrzeliwujemy granata z tamtejszej wariacji na temat shotguna i to wszystko dzieje się o wiele szybciej niż przeczytanie owych akcji. Tak, ta gra nie wybacza błędów. I nawet boty są nielichym wyzwaniem. Najlepszym tego dowodem były wszechobecna poradniki, jak pokonać kompa na najwyższym poziomie trudności-godlike.
Ponadto najstarsza część de facto już w internecie nie żyje. Z tego co mi wiadmo można jednak bez większych problemów znaleźć graczy, grających w dwie ostatnie części: UT 2004 i UT 3. Jednak w 2004 grają głównie weterni, więc świeżak robi za mięso armatnie, lub upierdliwą przeszkadzją z drużyny. Nie wiem, jak sprawa się ma w UT3, więc się na ten temat nie wypowiadam.
Warto jednak poznać tą serię i przynajmniej raz na jakiś czas zagrać meczyk z botami. To jeden z najlepszych tytułów, jaki można wykorzystać do wspominek "starych, dobrych czasów".
4. GTA: Vice City
Vice City to gra, którą ciężko opisać słowami (a jeszcze ciężej to uczynić taką ich ilością, jaka jest zarezerwowana wpisowi). Nie będę więc starał się, jak najbardziej dokładnie opisać wartościowe aspekty tego tytułu, gdyż słusznie uchodzi on za grę kultową.
W zasadzie mógłbym tu wsadzić dowolną część serii, jadnak Vice City ma ogromną przewgę nad swoim "rodzeństwem". Jest nią klimat.
Akcja gry toczy się w tytułowym mieście, wzrozowanym zresztą na Miami z serialu Miami Vice. Wydarzenia zarówno w grze, jak i serialu mają miejsce w latach 80-tych ubiegłego stulecia.
Tak, tych kiczowatych i przesadzonych latach 80-tych.
I gdy spoglądamy na ten tytuł z błogim niedowierzaniem, bo jak umieszczać akcję w chyba najbardziej kultowym okresie historii najnowszej? To by było zbyt piękne, żeby mogło powstać. Wtedy to rozpoczynamy grę Tommym Vercettim (który jest pieruńsko ciekawą postacią), wsiadamy na najbliższy motor (zaznajamiając jego poprzedniego właściciela z naszym łokciem) i śmigamy przed siebie, w kierunku malowniczo zachodzącego słońca. Całość obrazu dopełnia energiczna muzyka, płynąca z radia.
No właśnie łatwo sobie wyobrazić siłę tego obrazu, a to dopiero przedsmak tego co nasz czeka w Vice City.
Warto również dodać o sporym humorze twórców, którzy w genialny scenariusz wpletli zabawne dialogi, które idealnie pasują do klimatu tego tytułu.
Ponadto mamy wiele odniesień do seriali i filmów gangsterskich. Prócz tytułu wsponę tylko o jednym z wielu świetnych nawiązań. Ukazują one skrajnie różne, jadnkże równie prawdziwie i sugestywne obrazy tamtych lat.
Tym komentarzem kończę przedostatnią część rankingu (która postawała w niemałych bólach). Mam nadzieję, że wróce do dawnej formy, a może ją rozwinę i będziecie czytali tu coraz więcej, coraz lepszych tekstów.
P.S. To nagłe wyśrodkowanie to skutek dziwactwa komputera, z którym nie mogę sobie poradzić. Proszę więc o wybaczenie za tą dziwną kompozycję.
P.S.2 "Pozdrowienia" dla portalu Katedra, za zorganizowanie konkursu, przypomnienie o upływie nadsyłania prac... i olaniu uczestników. Tak się nie robi, oj nie.
To do następnego wpisu.
niedziela, 18 września 2011
Bądźmy zajebiści !!!
Yo ludzia!
Posłusznie nadrabiam braki, starając się mniej więcej co tydzień katować was tu czymś nowym.
Komiks ten, autorstwa oczywiście Koka ( którego stronę zresztą polecam www.kokoart.net ) bardzo fajnie pasuje do myśli przewodniej wpisu.
Leopold Staff napisał wiersz pod tytułem "Kowal". Autor przez niego próbował przekonać czytelnika, do poglądu, jakoby każdy miał władzę nad swym życiem i może je formować w dowolny sposób, niczym ów rzemieślnik czyni z metalem.
W Polsce, gdzie ludzie głównie narzekają takowy pogląd nie jest specjalnie popularny. Ale dlaczego? Czy to nie ludzie nam podobni zdobyli wszystkie szczyty górskie i stanęli na księżycu? Czyż nie oni tworzyli dzieła wielkie z zakresu literatury, poezji i sztuki? Dlaczego więc my mamy być gorsi?
Człowiek sam w sobie jest stworzony do czynienia wielkich rzeczy, musi tego tylko chcieć. Nikt nie powiedział, że ty nie wjedziesz na Mount Everest. Zrobisz to, jeśli będziesz tego chciał naprawdę mocno.
Dlatego też nie ograniczajmy się, próbujmy swych sił w coraz to nowych dziedzinach, odnajdujmy nowe pasje w swym życiu.
Czas jaki spędzamy od narodzin, aż do śmierci daje nam naprawdę wiele możliwości, warto więc marnować go na bezmyślne siedzenie przed kompem? Spróbujmy spędzać przy nim czas konstruktywniej, bo nie mam zamiaru wyjść tu na hipokrytę, krzyczącego o złu płynącym z komputera, a samemu go wykorzystującym jako środka przekazu.
Po prostu niech w naszym życiu, nie będzie zbyt wielu chwil, gdy bez celu przeglądamy kolejną stronę, tylko i wyłącznie z nudów. W końcu z każdą sekundą nasze życie jest coraz krótsze, po co więc go marnować?
Nie należy też przesadzać. Pamiętajmy, że czas ma swoje ograniczenia, a doba nie jest z gumy. Niestety nie można wykonywać wszystkiego, czego się tylko chce. W tym momencie zazwyczaj się mentalnie poddajemy i kończymy wszystkie swe czynności, a porażki spowodowane ich nadmierną liczbą odbieramy, jako zimny prysznic. To złe podejście, bo przechodzimy ze skrajności w skrajność. Należy zrozumieć, co naprawdę chcemy w życiu robić i to właśnie czynić, będąc otwartym na nowości (gdy tylko czas na to pozwoli).
I pokażmy innym, że jak rzecze tytuł, jesteśmy zajebiści! Udowodnijmy, żeśmy zrodzeni do wykonywania wielkich rzeczy, jak choćby radosne życie zakończone uczuciem spełnienia.
Oby jak najwięcej z nas imało się wielu czynności i było w nich naprawdę dobrych, oraz byśmy nigdy nie przesadzali z nimi. Bo możemy naprawdę wiele, aczkolwiek nie wszystko.
Posłusznie nadrabiam braki, starając się mniej więcej co tydzień katować was tu czymś nowym.
Komiks ten, autorstwa oczywiście Koka ( którego stronę zresztą polecam www.kokoart.net ) bardzo fajnie pasuje do myśli przewodniej wpisu.
Leopold Staff napisał wiersz pod tytułem "Kowal". Autor przez niego próbował przekonać czytelnika, do poglądu, jakoby każdy miał władzę nad swym życiem i może je formować w dowolny sposób, niczym ów rzemieślnik czyni z metalem.
W Polsce, gdzie ludzie głównie narzekają takowy pogląd nie jest specjalnie popularny. Ale dlaczego? Czy to nie ludzie nam podobni zdobyli wszystkie szczyty górskie i stanęli na księżycu? Czyż nie oni tworzyli dzieła wielkie z zakresu literatury, poezji i sztuki? Dlaczego więc my mamy być gorsi?
Człowiek sam w sobie jest stworzony do czynienia wielkich rzeczy, musi tego tylko chcieć. Nikt nie powiedział, że ty nie wjedziesz na Mount Everest. Zrobisz to, jeśli będziesz tego chciał naprawdę mocno.
Dlatego też nie ograniczajmy się, próbujmy swych sił w coraz to nowych dziedzinach, odnajdujmy nowe pasje w swym życiu.
Czas jaki spędzamy od narodzin, aż do śmierci daje nam naprawdę wiele możliwości, warto więc marnować go na bezmyślne siedzenie przed kompem? Spróbujmy spędzać przy nim czas konstruktywniej, bo nie mam zamiaru wyjść tu na hipokrytę, krzyczącego o złu płynącym z komputera, a samemu go wykorzystującym jako środka przekazu.
Po prostu niech w naszym życiu, nie będzie zbyt wielu chwil, gdy bez celu przeglądamy kolejną stronę, tylko i wyłącznie z nudów. W końcu z każdą sekundą nasze życie jest coraz krótsze, po co więc go marnować?
Nie należy też przesadzać. Pamiętajmy, że czas ma swoje ograniczenia, a doba nie jest z gumy. Niestety nie można wykonywać wszystkiego, czego się tylko chce. W tym momencie zazwyczaj się mentalnie poddajemy i kończymy wszystkie swe czynności, a porażki spowodowane ich nadmierną liczbą odbieramy, jako zimny prysznic. To złe podejście, bo przechodzimy ze skrajności w skrajność. Należy zrozumieć, co naprawdę chcemy w życiu robić i to właśnie czynić, będąc otwartym na nowości (gdy tylko czas na to pozwoli).
I pokażmy innym, że jak rzecze tytuł, jesteśmy zajebiści! Udowodnijmy, żeśmy zrodzeni do wykonywania wielkich rzeczy, jak choćby radosne życie zakończone uczuciem spełnienia.
Oby jak najwięcej z nas imało się wielu czynności i było w nich naprawdę dobrych, oraz byśmy nigdy nie przesadzali z nimi. Bo możemy naprawdę wiele, aczkolwiek nie wszystko.
środa, 7 września 2011
Black jack część 5.
Yo ludzia!
Niestety pod tym wpisem nie ujrzycie bluzgów, goszczących pod mymi wywodami o subkulturach. Jest tak, z prostej przyczyny. To kolejna część mojego nudnego(co stwierdzam bo zainteresowaniu) rankingu.
Jednak wszyscy, którym poprzedni wpis, lub komentarz do niego przypadły do gustu, niech się nie martwią. Mam zamiar pisać tu też przemyślenia na tematy wszelakie, a jak pewnie już zauważyliście moje poglądy znacznie odbiegają, od ogólnie przyjętych i mają w sobie nutkę kontrowersji.
No, ale to należy jeszcze do przyszłości, w przeciwieństwie do rankingu, którego kolejna część właśnie rusza.
9. Icewind Dale 2
I znów mamy do czynienia z hołdem do serii.
Przyjęło się uważać, iż Baldur jest lepszym RPG-iem, niż Icewind. Za argumenty uznaje się lepszą fabułę i ciekawsze postaci. Ponadto wspomniałem , że na moim osobistym podium wśród gier fabularnych, stoi Fallout. Wszystko to jest prawdą.
Czemu więc obecność tej, nie oszukujmy się sieki, w rankingu. No i czemu jest ona tak wysoko.
W tym momencie do głosu dochodzą wrażenia czysto subiektywne.
Po pierwsze klimat. Akcja tej serii dzieje się w krainach pokrytych lodem. Wbrew pozorom gracz nie narzeka na monotonię, a twórców należy okrzyknąć królami marketingu. W końcu potrafią oni zaserwować, naprawdę dużo arktycznych scenerii, które siłą rzeczy muszą być do siebie podobne i mimo to gracz nawet przez chwilę nie odczuwa złudzenia.
Również fabuł zasługuje na pochwałę. Niby mamy wałkowany, chyba najbardziej oklepany motyw w historii gier, czyli: "uratuj świat/wszechświat/miasto/koło gospodyń wiejskich/cokolwiek". Gdzie takiemu do wielkiej fabuły Wrót Baldura? Jednak, osobiście mogę powiedzieć, iż ta wielka fabuła "se była". Baldur's Gate może i ma wspaniałą fabułę, jednak cóż z tego, skoro czułem się bardziej jej widzem, niż uczestnikiem i los bohaterów specjalnie mnie nie przejął. Co innego Icewind, w którym cel jest konkretny i mam ochotę do niego dążyć, jako współuczestnik tej epickiej wyprawy.
No i ostatnim argumentem jest muzyka. Mamy do czynienia z odpowiednio podniosłymi melodiami, przy których, aż się prosi, żeby złapać z miecz i ruszyć z okrzykiem w stronę wrogów.
Icewind to w moich oczach tytuł specyficzny. Gracze o nim niesłusznie zapomnieli, a jeśli jeszcze pamiętają, to jako ułomnego brata Baldura. Jednakże ma on swój niepowtarzalny i niesamowicie urokliwy klimat, dla którego warto temu tytułowi dać szansę. Może i wy zapałacie do niego wielka miłością, za którą odwdzięczy się wam wieloma naprawdę mile spędzonymi chwilami.
8. Tony Hawk Pro Skater 3
No i kolejny specyficzny tytuł. Bo cóż można powiedzieć o grze, która była prawdziwą miłością w dzieciństwie? Jak wyrazić ta ekscytację, jaką dawała kolejna 2-minutowa partia?
Tony Hawk. Wspaniały tytuł, w który swego czasu grywał każdy chłopak. Nieważne, czy był metalem, fanem disco, lub kowbojem, na czas gry przywdziewał za duże spodnie i śmigał po trasach na deskorolce.
Żeby było ciekawiej gra nie ograniczała nas do samej jazdy, a pozwalała (czy raczej wymuszała) wykonywanie karkołomnych tricków. Całość była doprawiona świetnymi rockowymi i hip-hopowymi kawałkami, z których wiele ma zarezerwowane miejsce w mym sercu i komórce (której używam, jako odtwarzacza muzyki).
Krótko mówiąc: kto nie grał, niech nadrobi zaległości, kto grał, niech do niej powróci, a kto gra, niech gra więcej :-).
7. Prince of Persia: Warrior Within
To chyba najbardziej "męski" tytuł na tej liście. Opowiada ona historię tytułowego księcia Persji, który ląduje na wyspie i pędzi przed siebie, gnany żądzą zemsty i nie tylko. Wiem, że mój opis bardziej komplikuje, niż wyjaśnia o co w tym wszystkim chodzi, lecz t celowy zabieg, mający być kolejnym argumentem, aby zagrać w ten tytuł.
Książę na pewno nie byłby twarzą pacyfistów. Swoją drogę do celu znaczy krwią, jak zawsze mile widzianych wrogów. W anihilacji przeciwników, naszemu bohaterowi skutecznie pomagają dzierżone miecze, oraz kilka sztuczek, takich jak pisaki czasu, czy zdolności akrobatyczne. Obu warto poświęcić osobne akapity.
Na początek piaski czasu. Otóż nasz władca posiada medalion pozwalający mu przejąć kontrolę na tym magicznym proszkiem. Wraz z rozwoje akcji, pozwalają one na aktywowanie wielu ciekawych opcji, wśród których są np. spowolnienie czasu, a nawet cofanie go.
Jednak co to za frajda wciąż tylko cofać czas i powtarzać te nudne czynności. Dlatego z pomocą przechodzi nam druga, w zasadzie kluczowa umiejętność księcia. Jest nią jego poziom akrobatyki. Nasz bohater wykorzystuje go, zarówno w walce (co powala mu ucinać głowy i przecinać wzdłóż przeciwników, aż miło patrzeć), a także pozwala mu to dostać się na wiele pozornie niedostępnych miejsc.
W zasadzie cała gra polega na walce i zagadkach związanych z dostaniem się w dane miejsce i ten system się świetnie sprawdza. Ponadto w ważniejszych momentach przygrywa nam świetny metal z elementami orientalnej muzyki, a nic tak nie smakuje, jak odcinanie głów wrogów, w rytm ostrych riffów.
Tym, jakże miłym akcentem kończę ten wpis. Ranking powoli dobiega końca i prawdopodobnie miejsce pierwsze poznacie jeszcze w tym miesiącu.
Teraz się żegnam i zapraszam do częstego wchodzenia na tego bloga i reklamowanie go.
To do następnego wpisu.
Niestety pod tym wpisem nie ujrzycie bluzgów, goszczących pod mymi wywodami o subkulturach. Jest tak, z prostej przyczyny. To kolejna część mojego nudnego(co stwierdzam bo zainteresowaniu) rankingu.
Jednak wszyscy, którym poprzedni wpis, lub komentarz do niego przypadły do gustu, niech się nie martwią. Mam zamiar pisać tu też przemyślenia na tematy wszelakie, a jak pewnie już zauważyliście moje poglądy znacznie odbiegają, od ogólnie przyjętych i mają w sobie nutkę kontrowersji.
No, ale to należy jeszcze do przyszłości, w przeciwieństwie do rankingu, którego kolejna część właśnie rusza.
9. Icewind Dale 2
I znów mamy do czynienia z hołdem do serii.
Przyjęło się uważać, iż Baldur jest lepszym RPG-iem, niż Icewind. Za argumenty uznaje się lepszą fabułę i ciekawsze postaci. Ponadto wspomniałem , że na moim osobistym podium wśród gier fabularnych, stoi Fallout. Wszystko to jest prawdą.
Czemu więc obecność tej, nie oszukujmy się sieki, w rankingu. No i czemu jest ona tak wysoko.
W tym momencie do głosu dochodzą wrażenia czysto subiektywne.
Po pierwsze klimat. Akcja tej serii dzieje się w krainach pokrytych lodem. Wbrew pozorom gracz nie narzeka na monotonię, a twórców należy okrzyknąć królami marketingu. W końcu potrafią oni zaserwować, naprawdę dużo arktycznych scenerii, które siłą rzeczy muszą być do siebie podobne i mimo to gracz nawet przez chwilę nie odczuwa złudzenia.
Również fabuł zasługuje na pochwałę. Niby mamy wałkowany, chyba najbardziej oklepany motyw w historii gier, czyli: "uratuj świat/wszechświat/miasto/koło gospodyń wiejskich/cokolwiek". Gdzie takiemu do wielkiej fabuły Wrót Baldura? Jednak, osobiście mogę powiedzieć, iż ta wielka fabuła "se była". Baldur's Gate może i ma wspaniałą fabułę, jednak cóż z tego, skoro czułem się bardziej jej widzem, niż uczestnikiem i los bohaterów specjalnie mnie nie przejął. Co innego Icewind, w którym cel jest konkretny i mam ochotę do niego dążyć, jako współuczestnik tej epickiej wyprawy.
No i ostatnim argumentem jest muzyka. Mamy do czynienia z odpowiednio podniosłymi melodiami, przy których, aż się prosi, żeby złapać z miecz i ruszyć z okrzykiem w stronę wrogów.
Icewind to w moich oczach tytuł specyficzny. Gracze o nim niesłusznie zapomnieli, a jeśli jeszcze pamiętają, to jako ułomnego brata Baldura. Jednakże ma on swój niepowtarzalny i niesamowicie urokliwy klimat, dla którego warto temu tytułowi dać szansę. Może i wy zapałacie do niego wielka miłością, za którą odwdzięczy się wam wieloma naprawdę mile spędzonymi chwilami.
8. Tony Hawk Pro Skater 3
Tony Hawk. Wspaniały tytuł, w który swego czasu grywał każdy chłopak. Nieważne, czy był metalem, fanem disco, lub kowbojem, na czas gry przywdziewał za duże spodnie i śmigał po trasach na deskorolce.
Żeby było ciekawiej gra nie ograniczała nas do samej jazdy, a pozwalała (czy raczej wymuszała) wykonywanie karkołomnych tricków. Całość była doprawiona świetnymi rockowymi i hip-hopowymi kawałkami, z których wiele ma zarezerwowane miejsce w mym sercu i komórce (której używam, jako odtwarzacza muzyki).
Krótko mówiąc: kto nie grał, niech nadrobi zaległości, kto grał, niech do niej powróci, a kto gra, niech gra więcej :-).
7. Prince of Persia: Warrior Within
To chyba najbardziej "męski" tytuł na tej liście. Opowiada ona historię tytułowego księcia Persji, który ląduje na wyspie i pędzi przed siebie, gnany żądzą zemsty i nie tylko. Wiem, że mój opis bardziej komplikuje, niż wyjaśnia o co w tym wszystkim chodzi, lecz t celowy zabieg, mający być kolejnym argumentem, aby zagrać w ten tytuł.
Książę na pewno nie byłby twarzą pacyfistów. Swoją drogę do celu znaczy krwią, jak zawsze mile widzianych wrogów. W anihilacji przeciwników, naszemu bohaterowi skutecznie pomagają dzierżone miecze, oraz kilka sztuczek, takich jak pisaki czasu, czy zdolności akrobatyczne. Obu warto poświęcić osobne akapity.
Na początek piaski czasu. Otóż nasz władca posiada medalion pozwalający mu przejąć kontrolę na tym magicznym proszkiem. Wraz z rozwoje akcji, pozwalają one na aktywowanie wielu ciekawych opcji, wśród których są np. spowolnienie czasu, a nawet cofanie go.
Jednak co to za frajda wciąż tylko cofać czas i powtarzać te nudne czynności. Dlatego z pomocą przechodzi nam druga, w zasadzie kluczowa umiejętność księcia. Jest nią jego poziom akrobatyki. Nasz bohater wykorzystuje go, zarówno w walce (co powala mu ucinać głowy i przecinać wzdłóż przeciwników, aż miło patrzeć), a także pozwala mu to dostać się na wiele pozornie niedostępnych miejsc.
W zasadzie cała gra polega na walce i zagadkach związanych z dostaniem się w dane miejsce i ten system się świetnie sprawdza. Ponadto w ważniejszych momentach przygrywa nam świetny metal z elementami orientalnej muzyki, a nic tak nie smakuje, jak odcinanie głów wrogów, w rytm ostrych riffów.
Tym, jakże miłym akcentem kończę ten wpis. Ranking powoli dobiega końca i prawdopodobnie miejsce pierwsze poznacie jeszcze w tym miesiącu.
Teraz się żegnam i zapraszam do częstego wchodzenia na tego bloga i reklamowanie go.
To do następnego wpisu.
czwartek, 1 września 2011
Subkultura, czyli jak utracić indywidualizm dążąc ku niemu.
Yo ludzie!
Dzisiejszy wpis powstał na postawie moich spostrzeżeń i nie jest w żaden sposób prawdą ogólną, a jedynie moim punktem widzenia.
Młodzież jakże często patrzy na świat jedynie przez pryzmat samego siebie. Uważają oni, iż są inteligentni i dorośli, oraz najlepiej wiedzą, jak mają żyć. Również niezwykle silne jest przekonanie o swej indywidualności. Taka osoba zazwyczaj gardzi podporządkowaniem się tłumowi i tworzy własny system wartości, uznając go za niepowtarzalny i najsłuszniejszy.
W tym właśnie momencie zaczyna się paradoks sytuacji, gdyż taka młoda osoba, za swojego życiowego mentora uznaje muzyka. Nie ma w tym nic złego, jeśli przekazuje on treści naprawdę wartościowe. Jednak to dopiero początek.
Wiele osób, dążąc do wyrażenia siebie i swej indywidualności, stara się okazać to poprzez strój, silnie inspirowany na ubiorze swych idoli. Prowadzi to szybko do poznania innych podobnych sobie ludzi, gdyż nietrudno zauważyć na ulicy ludzi podobnie ubranych.
Doprowadza to z czasem do utworzenia się ścisłego kręgu znajomości. Więzy w nim tworzone są coraz silniejsze, ale kosztem pozostałych. Mamy wtedy do czynienia z sytuacją, gdy człowiek spędza coraz więcej czasu z podobnymi sobie ludźmi, lecz kosztem całej reszty. Jest to de facto wyrok, skazujący ta osobę na alienację względem "normalnego" społeczeństwa.
Oczywiście otaczanie się bliskim osobami, z którymi dobrze się rozumiemy jest dobre, a nawet wskazane. Bynajmniej życie, jako członek danej subkultury wiąże się z wieloma niebezpieczeństwami.
Podstawowym jest nietolerancja ze względu na gust. Często się zdarza, iż przedstawiciele danej subkultury jawnie gardzą innymi, tylko z powodu ich odmienności względem danej grupy.
Może się to przejawiać brakiem kontaktu z "drugą stroną", a w skrajnych przypadkach agresją. Czego najlepszym przykładem są relacje między ludźmi słuchającymi hip-hopu i metalu.
Jednak to też w dużej mierze psychika tłumu, która rzadko przybiera naprawdę niebezpieczną formę.
O wiele gorsze jest zatracenie własnego ja.
Członkowie subkultury z czasem i wspólnie spędzonymi chwila, myślą coraz bardzie podobnie. Im dłużej to trwa, tym silniej się to objawia. Powoduje to niejaką degradację danej osoby, w istotę słuchającą jedynie konkretnego typu muzyki, wszystkie swe ideały biorącą z tekstów piosenek i ubierającą się w z góry narzucony styl.
W ten sposób osoba dążąca, do przejawianie swego indywidualizmu staje się marionetką ślepo idącą za sobie podobnymi, oraz za odtwórcami swej ulubionej muzyki.
Pozwala to w łatwy sposób manipulować, takową jednostką, a ona nawet ie będzie tego podejrzewać.
By była jasność nie chcę tu negować zarówno jakiejś konkretnej muzyki, lub gustu skierowanego na dany typ, gdyż samo w sobie nie jest to złe. Dążę jednak do apelu, o zachowanie umiaru i nie postrzeganiu świata wyłącznie przez pryzmat ubioru , czy słuchanej muzyki.
Dzisiejszy wpis powstał na postawie moich spostrzeżeń i nie jest w żaden sposób prawdą ogólną, a jedynie moim punktem widzenia.
Młodzież jakże często patrzy na świat jedynie przez pryzmat samego siebie. Uważają oni, iż są inteligentni i dorośli, oraz najlepiej wiedzą, jak mają żyć. Również niezwykle silne jest przekonanie o swej indywidualności. Taka osoba zazwyczaj gardzi podporządkowaniem się tłumowi i tworzy własny system wartości, uznając go za niepowtarzalny i najsłuszniejszy.
W tym właśnie momencie zaczyna się paradoks sytuacji, gdyż taka młoda osoba, za swojego życiowego mentora uznaje muzyka. Nie ma w tym nic złego, jeśli przekazuje on treści naprawdę wartościowe. Jednak to dopiero początek.
Wiele osób, dążąc do wyrażenia siebie i swej indywidualności, stara się okazać to poprzez strój, silnie inspirowany na ubiorze swych idoli. Prowadzi to szybko do poznania innych podobnych sobie ludzi, gdyż nietrudno zauważyć na ulicy ludzi podobnie ubranych.
Doprowadza to z czasem do utworzenia się ścisłego kręgu znajomości. Więzy w nim tworzone są coraz silniejsze, ale kosztem pozostałych. Mamy wtedy do czynienia z sytuacją, gdy człowiek spędza coraz więcej czasu z podobnymi sobie ludźmi, lecz kosztem całej reszty. Jest to de facto wyrok, skazujący ta osobę na alienację względem "normalnego" społeczeństwa.
Oczywiście otaczanie się bliskim osobami, z którymi dobrze się rozumiemy jest dobre, a nawet wskazane. Bynajmniej życie, jako członek danej subkultury wiąże się z wieloma niebezpieczeństwami.
Podstawowym jest nietolerancja ze względu na gust. Często się zdarza, iż przedstawiciele danej subkultury jawnie gardzą innymi, tylko z powodu ich odmienności względem danej grupy.
Może się to przejawiać brakiem kontaktu z "drugą stroną", a w skrajnych przypadkach agresją. Czego najlepszym przykładem są relacje między ludźmi słuchającymi hip-hopu i metalu.
Jednak to też w dużej mierze psychika tłumu, która rzadko przybiera naprawdę niebezpieczną formę.
O wiele gorsze jest zatracenie własnego ja.
Członkowie subkultury z czasem i wspólnie spędzonymi chwila, myślą coraz bardzie podobnie. Im dłużej to trwa, tym silniej się to objawia. Powoduje to niejaką degradację danej osoby, w istotę słuchającą jedynie konkretnego typu muzyki, wszystkie swe ideały biorącą z tekstów piosenek i ubierającą się w z góry narzucony styl.
W ten sposób osoba dążąca, do przejawianie swego indywidualizmu staje się marionetką ślepo idącą za sobie podobnymi, oraz za odtwórcami swej ulubionej muzyki.
Pozwala to w łatwy sposób manipulować, takową jednostką, a ona nawet ie będzie tego podejrzewać.
By była jasność nie chcę tu negować zarówno jakiejś konkretnej muzyki, lub gustu skierowanego na dany typ, gdyż samo w sobie nie jest to złe. Dążę jednak do apelu, o zachowanie umiaru i nie postrzeganiu świata wyłącznie przez pryzmat ubioru , czy słuchanej muzyki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





